Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

CHALECCZYZNA KOŃMI PACHNĄCA

Kiedy Emir Chalecki dowiedział się, że w jednej z nadbałtyckich stajni w Darłówku, mieszka ogier, z którym nikt sobie nie może poradzić…

Foto: FAPA-PRESS/Piotr Dzięciołowski

Kiedy Emir Chalecki dowiedział się, że w jednej z nadbałtyckich stajni w Darłówku, mieszka ogier, z którym nikt sobie nie może poradzić, jego żona, Izabela była pewna, że najbliższy urlop spędzą właśnie tam. – Żadne konie – mówi – nie pociągają Emira tak, jak niesforne, zrzucające, nie dające się dosiąść.

IZABELA I EMIR CHALECCY; foto FAPA-PRESS

Konno jeżdżą oboje, ale stopnie ich hipicznych fascynacji są skrajnie różne. On, syn Aleksandra Chaleckiego, ułana 13 Pułku Wileńskiego w Szwadronie Tatarskim, jest pasjonatem jeździectwa niemal od dziecka. Jako dziesięcioletni chłopiec galopował na zimnokrwistych kobyłach, co prawda tylko na oklep, ale z radością nie dającą się porównać z niczym innym. Bywało, że spadał – jednak nawet dokuczliwe stłuczenia nie powstrzymywały go przed kolejnymi przejażdżkami.
Izabela Chalecka zaczęła dosiadać koni znacznie później, dopiero, gdy poznała swojego męża. Nauczyła się jeździć wyłącznie dla niego i tylko po to, by dotrzymywać mu towarzystwa. Święta kobieta! Dotrzymywała mu kroku nawet w cwale, co za którymś razem skończyło się złamaną miednicą. Mąż stanął wtedy na wysokości zadania i opiekował się nią niczym najdoskonalszy samarytanin. Jakiś czas później to pani Izabela rewanżowała się panu Emirowi, gdy po upadku z konia trafił do szpitala z poważnym złamaniem nogi.
Byliśmy w terenie – wspomina Emir Chalecki. – W drodze musieliśmy pokonać niewielki strumyk, ale że mój koń na widok wody dostawał szału, zsiadłem i kilkakrotnie przeprowadzałem go przez tę przeszkodę w ręku. Kiedy się uspokoił, spróbowałem wsiąść. Już przekładałem nogę nad siodłem, gdy znowu się wystraszył i zaczął wirować wokół własnej osi. Siła odśrodkowa wyrzuciła mnie na ziemię. Trzask łamanej kości słychać było w promieniu kilku metrów.
Emir ze zbolałą nogą doczołgał się do drzewa, siadł pod nim, a ja pojechałam po pomoc. Byłam okropnie zdenerwowana. Nie tylko tym, co się stało, ale też faktem, że pierwszy raz w życiu miałam znaleźć się samotnie w terenie. Dzięki Bogu do stajni dotarłam bez szwanku.
Do stajni w Stoku Wiśniewskim, malowniczej wsi w powiecie Siedleckim. Państwo Chaleccy zamieszkali w niej kilkanaście lat temu za sprawą Miłej, małopolskiej klaczy, która straciła dach nad głową.
Miłą trzymałem u znajomego, ale kiedy okazało się, że jest źrebna, właściciel stajni zaczął marudzić, że dwóch koni to on już nie ma jak pomieścić. Pomyśleliśmy więc wtedy z Izą, że może zamiast szukać boksu w jakiejś obcej stajni, powinniśmy wyprowadzić się z Siedlec i osiąść z końmi gdzieś na łonie natury.

Foto: FAPA-PRESS

Kupili kilka hektarów gołej ziemi oraz dom ze stodołą, które to zabudowania należało dopiero przetransportować. Zaczęli od stodoły – przerobili ją na stajnię. Bywało, że spali w niej nad końmi, na strychu.
Co któryś parsknął, westchnął albo tupnął – wspomina Izabela Chalecka – zbiegaliśmy przejęci, czy aby nic się złego nie stało.
Bezsenne noce były więc dość męczące, a domu wciąż jeszcze nie było. Kiedy miał już dotrzeć, zjawił się jego właściciel i poprosił by nabywcy odstąpili od umowy, bo na chałupę ma ochotę syn.
Odstąpiliśmy. Oddał trzy czwarte zaliczki; resztę obiecał zwrócić w ciągu kilku dni zarzekając się przy tym, że słowo dla niego droższe od pieniędzy. Nie zwrócił po dziś dzień.
Pieniędzy szkoda – pewnie, że tak! Domu absolutnie nie, bo w jego miejsce stanęła bardziej urokliwa i przestronniejsza, dawna plebania ze wsi Jabłonna Lacka. Jak dawna? – o latach budowy świadczyły m.in. skrawki gazet z końca XIX wieku, na które trafili nowi właściciele zrywając tapety ze ścian. Dziś stareńkich, przeszło stuletnich obiektów jest na posesji znacznie więcej: wiejska chałupa, wiatrak, spichlerz… Zabudowania tworzą niepowtarzalny entourage gospodarstwa agroturystycznego, które Izabela i Emir Chaleccy przed laty otworzyli. Miejsce zwane Chalecczyzną przyciąga nie tylko jeźdźców. Lubią tam wypoczywać zwykli śmiertelnicy, lubią artyści. To właśnie z myślą o tych drugich gospodarze zaczęli organizować plenery malarskie (były już trzy). Bywali na nich Stanisław Chomiczewski, Maciej Falkiewicz, Weronika Kobylińska, Daniel Pielucha, Magdalena Szyszkowska, Jan Wołek i wielu, wielu innych znanych twórców.

MACIEJ FALKIEWICZ na plenerze malarskim; foto: FAPA-PRESS

Skąd miłość gospodarzy do sztuki?
– Piękno urzekało nas zawsze – wyjaśnia Emir Chalecki. – Fascynacja malarstwem przyszła z czasem i to – w co może trudno uwierzyć – dzięki koniom. Otóż na pewnym etapie mojego jeździectwa, zetknąłem się z Maciejem Falkiewiczem, brałem nawet u niego lekcje w siodle. On z kolei poznał mnie ze swoim przyjacielem, wybitnym malarzem, profesorem Ludwikiem Maciągiem (1920-2007)  – to jego pamięci poświęcone są nasze plenery.
– Emir zaimponował Ludwikowi korzeniami tatarskimi, odwagą i co prawda niepięknym, ale skutecznym dosiadem – opowiada Izabela Chalecka. –  A było tak: profesor miał konia, Zagończyka, który z trudem dawał się dosiąść. Jeśli nawet komuś się udało, to i tak zaraz spadał. Wysłał więc konia na nauki do Maćka Falkiewicza. Jakiś czas później, wszyscy się tam spotkaliśmy. Maciek zwrócił się wtedy do profesora:
Ludwiku, Zagończyk ujeżdżony!
Zdrętwiałam z przerażenia, bo konia miał zaprezentować Emir. Nie byłam pewna, czy poradzi sobie z tak niebezpiecznym zwierzęciem; nie wiedziałam zresztą, na ile wierzchowiec został okiełznany. Na szczęście skończyło się happy endem, Emira rozpierała duma, Ludwik bił brawo i powtarzał swoje ulubione powiedzenie: Nie może być! Nie może być! A potem poklepał męża po plecach, co było z jego strony wyrazem szczególnej sympatii.

Plebania z końca XIX wieku; foto: FAPA-PRESS

Emira Chaleckiego od zawsze pociągały trudne konie. Kiedy dowiedział się, że w jednej z nadbałtyckich stajni w Darłówku, mieszka ogier, z którym nikt sobie nie może poradzić, pojechał tam, by pokazać koniowi, gdzie raki zimują. Dosiadł groźnego zwierza i ku zaskoczeniu gapiów, robił z nim, co chciał. Do czasu. Gdy ruszyli na przeszkodę, ogier przypomniał o sobie tak niespodziewanym strzałem z zadu, że nim się jeździec obejrzał, już szybował w niebo z prędkością bliską światłu.
A jaki był huk, gdy rąbnął o ziemię! – wspomina żona. – Spadł i leżał bez oznak życia. Zamarłam. Po chwili uniósł głowę śmiejąc się od ucha do ucha, jakby ktoś opowiedział mu doskonały dowcip. Wstał, otrzepał się i ponownie dosiadł tego diabła skacząc na nim kolejne przeszkody, na szczęście już bez przygód.
Miałem dobrych nauczycieli, więc niestraszne mi ujeżdżanie krnąbrnych wierzchowców, jazdy na spłoszonych koniach, czy galopady z ułańską fantazją – ileż takich było w towarzystwie Maćka.

Ponad stuletnie zabudowania Chalecczyzny; foto: FAPA-PRESS

A tak niewiele brakowało, by Emir Chalecki zakończył swoją przygodę jeździecką w okresie dziecięcym, na oklep. Kiedy bowiem w wieku dojrzałym, już jako przeszło czterdziestoletni mężczyzna, chciał zapisać się do szkółki Krystyny Reder w Jagodnem, ta nie chciała go przyjąć. Mówiła: – gruby pan, nie mam dla pana konia! W końcu znalazła. Można więc rzec, że w jakimś sensie jest zasługą tegoż wierzchowca, że dziś w stajni Chaleckich mieszka ich kilka. Niestety zdrowie nie pozwala już gospodarzowi szaleć w siodle, jak to drzewiej bywało – koni dosiadają członkowie siedleckiego AKJ – ale świadomość, że są na miejscu, że w każdej chwili może z nimi pobyć, dodaje mu energii, a Chalecczyźnie  uroku.

Piotr Dzięciołowski

    Print       Email

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.