Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

Przecież chciałaś jeździć konno

Violetta Majewska z Lupusem. Zdjęcie: Agnieszka WANAT

Trenowała sporty walki, prowadziła motocykl – już w latach osiemdziesiątych dojeżdżała do pracy e-MZ-etką „250”, czym szokowała Warszawiaków; startowała też na motorze w zawodach krosowych; dziś Violetta Majewska jest hipoterapeutką, instruktorką jeździectwa, prezeską Fundacji Integracyjnej Galopek – Hipoterapia.

Wbrew temu, co mówili ginekolodzy, czuła, że z ciążą jest coś nie tak. O badaniu USG, dziś powszechnym, wtedy raczkującym, położnicy zdecydowali dopiero pod koniec ósmego miesiąca. Byli zdumieni, gdy okazało się, że obawy dwudziestokilkuletniej kobiety są uzasadnione. Lekarz nie myślał nawet, żeby ubierać diagnozę w piękne i wyważone słowa: trzeba wywołać poród; to jest ruina mięśni i kości – stwierdził nie unosząc wzroku znad biurka. Violi bezwiednie popłynęły łzy. W milczeniu wyszła z gabinetu.
Każdy człowiek  ma prawo do życia – komentuje. – A sztuczny poród na niecały miesiąc przed planowanym terminem, to barbarzyństwo.
Trzy tygodnie później Anna przyszła na świat.
Nie musi pani zabierać dziecka do domu – poinformowała lekarka zaraz po narodzinach
Nie muszę?– upewniła się, czy aby na pewno dobrze słyszy. – Ale zabiorę!
– Śliczna ta moja Ania była, śliczna…
Z wodogłowiem i defektem kręgosłupa rozwijała się wolniej niż jej rówieśnicy, wymagała częstych pobytów w szpitalach, licznych zabiegów, operacji oraz permanentnej opieki najbliższych. Viola zrezygnowała z dobrze płatnej pracy i zawodowej kariery. Całodobowe obowiązki rekompensował jej znakomity kontakt z dzieckiem. Dziewczynka umiała się cieszyć, bawić… fascynowała końmi. Na łące mógł być jeden w towarzystwie stu krów, a zwracała uwagę tylko na niego. – O, koń! – krzyczała radośnie.

Violetta Majewska

Miała to po mnie – mówi Violetta – a ja po moim ojcu, Zbigniewie Baumanie. Tata uwielbiał konie. Ileż to razy opowiadał mi o arabie, którego dosiadał w dzieciństwie u swojego ojca, Józefa. To był przepiękny kary ogier; ale gryzący i kopiący. Właściwie tylko dziadek dawał mu radę i nawet nim powoził. Mojego tatę natomiast ponosił, ale krzywdy nigdy mu nie wyrządził. Tata do końca życia nie mógł wybaczyć swojemu ojcu, że ten, grając po kielichu w pokera, dorzucił do puli araba i przegrał go z kretesem. Żal tym większy, że wierzchowiec cudem uchował się podczas wojny, gdy Niemcy rekwirowali konie na potrzeby wojska. Zabrali dziadkowi wszystkie pociągowe, ale araba zostawili uznając, że za chudy do armatniego zaprzęgu.  
Za sprawą ojcowskich opowieści, Violę, od kiedy sięga pamięcią, ciągnęło do koni. Marzyła, żeby jeździć, ale jakoś się nie składało. Kiedy miała 16 lat, pracujący na Wyścigach znajomy, zaczął ją zabierać do stajni i na tor, zamierzał nawet dawać jej lekcje w siodle, ale nastolatce, dziewczynie z dobrego domu, wyraźnie nie odpowiadał kwiecisty język stajennych i dżokejów. Z nauki więc zrezygnowała, ale ze spacerów po terenach Wyścigów nie. Najpierw chodziła tam sama, potem z chłopakiem, w końcu z córką.
Kiedy Ania podrosła i dostała się do jednego z pierwszych w Warszawie przedszkoli integracyjnych, ktoś rzucił myśl, aby tamtejszych przedszkolaków w ramach dodatkowych zajęć, posyłać na hipoterapię. I tak, dwa razy w tygodniu maluchy jeździły do stajni w Józefowie na ćwiczenia prowadzone przez Jagodę Maciaszek. Dla Ani to był raj; bez „awantury” ani myślała zsiadać. Całe dnie mogła spędzać w siodle, a jej matka tyleż samo na obserwowaniu córki oraz koni.
– Kiedyś, a była wtedy przepiękna pogoda, zobaczyłam, jak ze stajni wyrusza w teren czwórka jeźdźców. Sierść zwierzaków tak przepięknie lśniła w słońcu, że aż brakuje mi słów, by to opisać. I właśnie wtedy pomyślałam: jak ja bym chciała jeździć konno. Na razie musiało mi jednak wystarczyć, że jeździ Ania. Ona była najważniejsza i tylko ona się wówczas liczyła. Jej radości były moimi.
Stan zdrowia dziewczynki zmieniał się, jak w kalejdoskopie; raz było lepiej, raz gorzej, ale przy tak poważnych defektach organizmu, to najzupełniej normalne. Ania chodziła do szkoły, uczyła się w  klasie z dziećmi zupełnie zdrowymi, i dawała sobie radę. Wodogłowie, dzięki specjalnej zastawce wszczepionej pod czaszką, nie postępowało. Osłabiona jednak masą codziennie przyjmowanych leków, często łapała infekcje. Kiedy w wieku 9 lat zaczęła gorączkować, lekarze rutynowo zaaplikowali dawkę antybiotyków. Tym razem jednak poprawa nie następowała. Stan zdrowia pogarszał się z dnia na dzień, mała przestała oddychać, trzeba ją było reanimować, podłączyć do respiratora. Przyczyny zapaści wciąż jednak nie ustalono.
– Podpowiadałam lekarzom, że gorączkę na pewno wywołuje uszkodzona zastawka służąca do odprowadzania płynu mózgowo-rdzeniowego. Takie sytuacje zdarzają się często, zastawkę trzeba wymienić i chory wraca do dotychczasowej sprawności. Córka miała w sumie dwanaście takich operacji. Długo trwało nim lekarze przekonali się do mojej opcji i przeprowadzili zabieg. Niestety zbyt późno. Błąd w sztuce lekarskiej spowodował całkowity paraliż. Od tej pory Ania już tylko leżała, mówiła wyłącznie „tak” lub „nie” ruszając powiekami, a pokarmy mogła przyjmować wyłącznie za pomocą sondy. Z ogromną pomocą pospieszyło mi wtedy Warszawskie Hospicjum Dziecięce. Sama, choć 24 godziny siedziałam przy łóżku Ani –  trzy lata spałam na siedząco – nie dałabym rady wykonywać wszystkich zabiegów pielęgnacyjnych. Dzięki ofiarności Hospicjum otrzymałam też agregat umożliwiający spędzanie całego lata w naszym domku bez prądu w Jabłonnie. Chodziło o to, by Ania jak najwięcej czasu spędzała na powietrzu. Tam też zaczęła umierać. Odeszła w wieku 13 lat; 31 sierpnia 1998 roku. Poczułam się zupełnie sama, nie wiedziałam, co ze sobą począć. Zaczęłam oczywiście pracować, ale kiedy wracałam do domu, kładłam się do łóżka i wstawałam, gdy budzik kazał mi się zbierać do wyjścia.


–  Co ja mam z tym życiem robić, wszędzie taka pustka? – to pytanie wracało niczym bumerang. Odpowiedzi nie znajdowała. Kiedyś powtórzyła pytanie w obecności oddanej przyjaciółki, Grażyny. Ta natychmiast znalazła antidotum:
Jak to co masz robić? Zawsze marzyłaś, żeby jeździć konno. Wreszcie zacznij!
Chyba żartujesz, mam 39 lat. W tym wieku nie zaczyna się uprawiać tak ekstremalnych sportów. Jestem za stara.
Stara – niestara, ale na wycieczkę do stajni w okolice Jabłonny, dała się namówić. Koleżanka osiodłała konia, Viola natomiast miała się przyglądać.
Podjechała do mnie na Demonie, srokaczu – imiona koni zapamiętuję lepiej niż ludzi. Prezentowała się fantastycznie. Kiedy tak ją podziwiałam, dobiegło mnie wołanie: proszę pani!, proszę pani! Odruchowo odwróciłam się nie sądząc, że chodzi o mnie. A jednak: właściciel stajni, za namową Grażyny, czekał na mnie z osiodłaną, ogromną klaczą, Pyśką. „Kazał” mi wsiąść, mimo iż oponowałam. Ledwie dałam radę wdrapać się, ale najgorsze było dopiero przede mną. Nie spodziewałam się, że to tak potwornie wysoko. Lęk na szczęście opanowałam i tak się zaczęła moja przygoda z końmi. Kilka wiosenno-letnich sezonów jeździłam pod okiem znakomitego nauczyciela, pana Marcina. Zimą natomiast wsiadałam na konie w Paszkowie – było bliżej. Niestety szło mi tak sobie, nawet usłyszałam od jednego z instruktorów, że nigdy się nie nauczę jeździć. Tak się więc zaparłam, że z czasem zrobiłam kurs instruktorski, a hipoterapeutyczny zaliczyłam w pierwszym podejściu, choć większość oblała. Satysfakcję miałam ogromną.
Ciekawe, jakby wyglądała jeździecka przyszłość Violi, gdyby któregoś dnia nie zdzwoniła do niej znajoma z ofertą sprzedaży konia.
– Zastanawiałam się kilka dni, bo to wyzwanie, obowiązek, podporządkowanie wszystkiego zwierzęciu, ale jak zobaczyłam Fadynę, zakochałam się w niej po uszy.

Z Fadyną

 

Ta klacz uratowała mi życie. Po śmierci Ani miałam wreszcie w kim ulokować uczucia. Spędzałam z Fadyną każdą wolną chwilę. Z czasem stała się moim podstawowym koniem do hipoterapii, którą zaczęłam prowadzić.

Zajęcia z dziećmi

Założyłam nawet Fundację Integracyjną Galopek – Hipoterapia, powiększyłam stado – dziś mam pięć koni. Dzierżawiłem stajnię w Lesznowoli, teraz pracuję w Korytach koło Prażmowa. Nie jest to łatwy zarobek, bo konie lubią jeść cały rok, a pacjenci uczestniczyć w zajęciach , gdy jest ciepło. Najważniejsze jednak, że jakoś wiążę koniec z końcem, znalazłam w życiu cel: służyć niepełnosprawnym dzieciom. Całe dnie – piątek, świątek – spędzam z końmi. Myślami oczywiście wciąż jestem z Anią. Pokazała mi inny świat, inne wartości.
Piotr Dzięciołowski

Zdjęcia Agnieszka WANAT (2), Archiwum domowe VM(3)

    Print       Email

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.