Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

BO JA KOCHAM SPAĆ

Ewelina Zoń: absolwentka Wydziału Hodowli Koni i Jeździectwa Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie; zawodniczka konkurencji westowych…

 

EWELINA ZOŃ; foto: FAPA-PRESS

Ewelina Zoń: absolwentka Wydziału Hodowli Koni i Jeździectwa Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie; zawodniczka konkurencji westowych znana nie tylko w kraju; kilkukrotna mistrzyni Polski, licencjonowana trenerka, właścicielka ośrodka jeździeckiego w Rumiance na Mazowszu; specjalistka w zakresie żywienia koni.

Chodziła jeszcze do liceum, lat miała więc niewiele, a już emanowała taką pewnością siebie, że żaden koń nie był jej straszny. W stajni, w której wówczas jeździła, zajmowała się m.in. gryzącym i kopiącym wielkopolakiem. Rosłe konisko, w kłębie ponad 170 centymetrów, choć znakomite pod siodłem, rzucało się na każdego, kto pojawiał się na pastwisku. Któregoś dnia, przyszła kolej na nią. Zaatakował. Dziewczyna zamiast salwować się ucieczką, co zapewne zrobiłaby większość z nas, ruszyła na intruza wymachując trzymanym w ręku ogłowiem. Koń oddalił się, choć po chwili wrócił, ale już w celach wyraźnie pokojowych. Minę miał, jakby chciał powiedzieć: ok! wygrałaś. Od tamtej pory nigdy więcej nie podniósł kopyta na swoją opiekunkę. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że o taką pointę w tej opowieści szło. Prawdziwa przyszła kilka lat później, kiedy bohaterka tejże historii, przeglądała jedną z książek mało wówczas znanego w Polsce, Monty Robertsa.

 – Wyczytałam – taki w każdym razie był w uproszczeniu sens kilku zdań – że jak się konia odgania, to wróci do człowieka z poddańczym nastawianiem, bo zrozumie, że ów człowiek ma nad nim przewagą. Byłam więc z siebie dumna, iż przed laty zachowałam się tak, jak powinnam, choć intuicyjnie.

Jak pies z koniem…Foto: FAPA-PRESS

Intuicja nie opuszcza Eweliny. Kiedy na studiach, przy okazji wpajania twardych zasad klasycznych schematów jeździeckich wmawiano jej, że koń jest tylko do tego, by chodził pod siodłem, a że czasem kopie i gryzie, to dlatego, że tak ma! – słuchała tych mądrości z zażenowaniem. Czuła, że coś w tej teorii szwankuje, że agresywne zachowania zwierząt z czegoś wynikają i na pewno nie tylko można nad nimi zapanować, ale osiągnąć poziom komunikacji satysfakcjonujący obie strony. Tylko jak?

Na uczelni nie było nikogo, kto by mi to uświadomił. Wręcz przeciwnie. „Wytyczne” sprowadzały się do regułek typu: „wodze na kontakcie”, „pięta w dół” oraz do wskazówek, jak ma jeździec wyglądać, by było pięknie, ślicznie, elegancko. O porozumieniu z koniem ani słowa. Przypadek sprawił, że dowiedziałam się, iż w WRTC FURIOSO w Starych Żukowicach Aleks Jarmuła organizuje kurs jeździecki w stylu west – byłam wtedy po II roku studiów. Moja radość nie miała granic nie tylko dlatego, że udało mi się przez wakacje uciułać na to kilkudniowe szkolenie, ale że okazało się, iż wszyscy trenerzy są do mojej dyspozycji, bo byłam jedyną słuchaczką. Już pierwsza lekcja, w której Aleks pokazał mi jak patrzeć na konia, jak odbierać sygnały, które nam przekazuje, dała mi niewyobrażalnie wiele. Potem w obroty wziął mnie Wojtek Adamczyk. Przyprowadził Piołuna, konia profesora i oznajmił, że zaraz mi pokaże, jak się z takim zwierzakiem pracuje z ziemi. Tu jest linka, tu kantar – wyjaśnił. O widzisz, tak „angażujesz zad”, tak powodujesz „ustępowanie”… Wojtek stał obok, machał tą linką, koń wykonywał jego wszystkie polecenia. Patrzyłam z niedowierzaniem, jakie to proste. I wtedy powiedział: to teraz ty sobie pomachaj, bo ja muszę na chwilę iść do stajni. No to zaczęłam machać. Piołun spojrzał na mnie ze zdziwieniem, po czym się odwrócił na pięcie i zajął się skubaniem trawy kompletnie mnie ignorując. A ja stałam z tą linką na środku padoku, jak ostatnia sierota. Wtedy zrozumiałam, że to machanie nie tylko wymaga technicznych umiejętności, ale ogromnego bagażu wiedzy o języku mowy ciała.

Cisza! trwa lekcja; foto: archiwum domowe EZ

I tak przyszła mistrzyni Polski, wielokrotna medalistka w konkurencjach west, zaczęła uczyć się tajemnego kodu. Szkoliła się nie tylko u Jarmuły i Adamczyka. Także u Tomasa Barty`ego i Denisa Schulza. Z kolei Marek Shaffer, z którym współpracuje po dziś dzień, zainteresował ją swoim programem opartym na biomechanice i motoryce ruchu. Pokazał jak trenować konie, by poprzez ćwiczenia gimnastyczne wzmacniać je fizycznie.

Znakomici jeźdźcy z talentem pedagogicznym, na jakich Ewelina Zoń trafiła poza murami uczelni, dali jej ogromnie dużo. Miała też wyjątkowe szczęście zetknąć się z nauczycielem nietypowym, który nie organizuje kursów, nie zaprasza do siebie – wręcz przeciwnie. To stado półdziko żyjących koników polskich, z którym obcowała z racji pracy w jednej ze stajni na Śląsku.

W stajni mieszka trzydzieści koni; foto: archiwum domowe EZ

Obserwacja dziko żyjących koni, ich zwyczajów, relacji daje niesamowicie wiele. Nie odkrywam Ameryki, mówili przecież o tym choćby Pat Parelli i Monty Roberts. Przekonałam się na własnej skórze, że obrazy, które chcąc nie chcąc zapamiętuje się, pomagają w komunikacji z dopiero co zajeżdżanymi końmi, ale też starymi wygami mającymi swój specyficzny charakterek uniemożliwiający najdrobniejsze próby dogadywania się. Przyglądając się stadu, zweryfikowałam też swoje wyobrażenie o dzikich zwierzętach pokazywanych na filmach. To mit, że gdy na przykład trzeba uśpić do zabiegu tygrysa, wystarczy przymierzyć się ze strzelbą naładowaną specjalnym pociskiem, oddać strzał, a ten już po kilku minutach na tyle mocno się zdrzemnie, że lekarz będzie mógł do niego bez obaw podejść. Po pierwsze nie jest łatwo trafić, co skonstatowałam, gdy musieliśmy kastrować ogiery koników polskich, by „nie zagrażały” hodowanym w ośrodku rodowodowym klaczom. Trudno uwierzyć, ale konie czując niebezpieczeństwo, napinają mięśnie zadu do tego stopnia, że lotki z farmaceutycznym specyfikiem odbijają się. Trzeba więc celować w szyję. I nie jest wcale tak, że w momencie, gdy środek zacznie działać, koń natychmiast się kładzie. Jednemu z ogierów wagi około 350 kilogramów, weterynarz zaaplikował dawkę dla 800 kilogramowego, a ten w dalszym ciągu stał na czterech nogach. I choć znieczulenie zaczęło działać, weterynarz musiał się spieszyć. Zazwyczaj bowiem, po wprowadzeniu środka usypiającego, lekarz ma na kastrację około pół godziny; w przypadku koni dzikich, zaledwie dziesięć minut. Stres przyspiesza pracę wątroby, która neutralizuje wprowadzony do organizmu „usypiacz”. I co ciekawe, świeżo upieczone wałachy już nazajutrz biegały w najlepsze, nie miały żadnych dolegliwości. W naturze goi się szybciej. Byłam naprawdę w szoku zdobywając tak niecodzienne doświadczenia.

Konie wszędzie; foto: archiwum domowe EZ

Może nie w szoku, ale wielu czytelników będzie za moment zaskoczonych z innego powodu … Oto bowiem Ewelina Zoń, specjalistka od żywienia koni, rozwiewa „mit owsa”.

Panuje przekonanie, że konie, które dostają za dużo tego zboża, mają nadmiar energii i trudniej je utrzymać w ryzach. Tymczasem nie jest to kwestia energii a stresu! Owies przyspiesza tzw. przewodnictwo nerwowe. Osiemdziesiąt procent koni, które dostają go dużo, są pobudzone i wcale dobrze nie wyglądają. Jakże często właściciele mówią: daję mu kilka pełnych mich owsa dziennie, a on taki chudy. No właśnie, bo chudnie z nerwów. Namawiam więc do karmienia tym, czym koń żywi się w naturze – mieszanką zbóż, traw, ziół… Można je zestawiać samemu pamiętając o zachowaniu odpowiednich proporcji, można kupować, co oczywiście wychodzi drożej. Najważniejsze jednak, że tak karmione konie są znacznie zdrowsze, silniejsze, mają ładną sierść i mocne kopyta.

A na tym zależy – przynajmniej powinno zależeć – wszystkim właścicielom koni bez względu, czy uprawiają sport wyczynowy, czy jeżdżą rekreacyjnie. Ewelina Zoń ma w swojej stajni do czynienia z jednymi i drugimi. Uczy początkujących i tych z wysokiej półki. Wieść gminna – i nie tylko gminna – niesie, że robi to znakomicie. Sprawia, że jeźdźcy i konie dogadują się bez słów. Ma rzadką zdolność dostosowywania języka do hipicznego poziomu słuchacza. Jest cierpliwa i konsekwentna, a to pozwala jej osiągać nie byle jakie sukcesy. Wystarczy powiedzieć, że kilkunastu jej podopiecznych zakwalifikowało się do Mistrzostw Polski i Europy w konkurencjach: Western Pleasure, Trail oraz Superhorse i Reining; w klasach „open”, „amator”, „junior” oraz „dzieci”. Jedna z jej zawodniczek, Ewa Marciniak zdobyła w ubiegłym roku (2013) tytuł wicemistrzyni Europy Western Riding mając zresztą dorobek punktowy identyczny jak mistrzyni. O lokacie zadecydowali sędziowie.

Ewelina nie tylko trenuje innych, również siebie przygotowuje do kolejnych startów. Laurów na koncie ma a ma. Najbardziej ceni sobie złoto MP z roku 2007 w najtrudniejszej westowej konkurencji, jaką jest superhorse. Dziś nie zawsze staje na starcie po to, by zdobywać medale, ale też, by obeznać młode konie (własne i swoich zawodników) z atmosferą zawodów, publicznością; nauczyć je panowania nad stresem.

Sport jeździecki to jej wielka pasja odkąd pamięta. Już jako uczennica szkoły podstawowej w swoim rodzinnym Jaworzu opodal Bielska Białej, galopując po lasach śniła o udziale w igrzyskach. Konkurencji westowych, co prawda w programie olimpijskim nie ma, ale kto wie, może kiedyś. Pól do popisu w każdym razie nie brakuje. Ma za sobą starty na arenach krajowych i zagranicznych na wielkich imprezach organizowanych pod egidą AQHA oraz NRHA. Od najmłodszych lat czuła, że stać ją w jeździectwie na wiele. Pierwszy dzwonek awizujący jej talent zadzwonił w wesołym miasteczku pod Wiedniem, gdy zadebiutowała w siodle na kucyku. Po kilkunastu minutach anglezowała, niczym doświadczona amazonka. Właściciel konia nie mógł uwierzyć, że to był jej pierwszy raz.

Foto: FAPA-PRESS

Talent talentem, praca pracą! Trenuje dziennie od dwóch do siedmiu godzin. I tak już zawodowo piętnaście lat. Na nic więcej nie ma czasu. Wypoczywa układając puzzle, ale najchętniej we śnie.

Bo ja kocham spać!

Piotr Dzięciołowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.