Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

DO TRZECH RAZY SZTUKA

Kamila Urbańczyk: absolwentka liceum plastycznego i wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego; przez lata startowała w długodystansowych rajdach konnych, obecnie jest licencjonowaną trenerką koni wyścigowych.
Kiedy zimą zmierzch zapada wcześnie, ma wtedy więcej wolnego czasu i oddaje się sztuce. Maluje przede wszystkim konie, które z czasem…

   

KAMILA URBAŃCZYK; foto FAPA-PRESS

Kamila Urbańczyk: absolwentka liceum plastycznego i wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego; przez lata startowała w długodystansowych rajdach konnych, obecnie jest licencjonowaną trenerką koni wyścigowych.

W pracowni; foto: FAPA-PRESS

Kiedy zimą zmierzch zapada wcześnie, ma wtedy więcej wolnego czasu i oddaje się sztuce. Maluje przede wszystkim konie, które z czasem zdobią ściany wielbicieli jej twórczości. Sobie zostawia tylko te prace, które przywołują bardzo osobiste wspomnienia.

Ot choćby płótno w salonie tak silnie związane z jej kuzynem, który był świadkiem powstawania obrazu, a który zginął w wypadku.

Pracownia artystki znajduje się na piętrze w małym pokoju, ale sztalug tam ani widu, ani słychu. Malarka ma bowiem swoją technikę: opiera blejtram o ścianę i na kolanach zapełnia kolejne centymetry płótna. W tym samym pokoju na drzwiach wiszą dżokejskie kolorowe kamzoły, a na szafce stoją nagrody, jakie zdobyły trenowane przez nią konie.

Wśród licznych laurów jest i ubiegłoroczny, szczególny, bo największy w dotychczasowym dorobku: Nagroda Ofira wywalczona przez francuskiego Ussama de Carrere pod Piotrem Piątkowskim.

Ussam de Carrere pod Piotrem Piątkowskim; foto: EDYTA TWARÓG

Kamila Urbańczyk trenuje dziesięć wierzchowców, z czego trzy są tylko jej, pozostałe w jakiejś części. Pracuje z nimi z dala od służewieckiego toru, pięćdziesiąt parę kilometrów od Warszawy. Ma to swoje plusy: konie większość dnia spędzają razem na pastwisku; podczas gdy służewieckie stoją zamknięte w boksach. W trakcie treningu kentrują po leśnej pętli długości 2400 metrów w zacienionym terenie; na Służewcu słońce potrafi grzać niemiłosiernie, a na torze schować się nie ma gdzie.

Plusy plusami, są też minusy – mówi trenerka. – W lesie jak to w lesie, a to dzik wyskoczy – kiedyś biegł za nami kawał drogi i był tuż tuż – niesamowite jak jest szybki; innym razem próbował nas dogonić łoś. Wszystko to jednak nic wobec czerwonego balonika w kształcie konia, który na leśnej drodze zgubiły jakieś dzieci. Wiatr wturlał go wprost pod nogi mojego wierzchowca. Cud, ale żyjemy. Inny koń przeraził się maluchów odzianych w różowe kurtki z żółtymi kubełkami… Największym jednak minusem trzymania koni wyścigowych poza torem jest stres, jaki przeżywają w trakcie podróży na wyścigi oraz ryzyko kontuzji w drodze. Wożę więc moje konie wolno i przynajmniej trzy godziny wcześniej, by zdążyły się uspokoić i odreagować. Nie ma jednak co udawać – „miejscowe” mają się przed gonitwą lepiej. Na szczęście wygrywa mocniejszy. Na przykład mój pierwszy wyścigowy koń, Dar Duni był wyjątkowym nerwusem – tak jak czasem nerwowi są ludzie, histeryzował nie tylko w koniowozie, ale wszędzie, niezależnie od atmosfery, klimatu i miejsca, a mimo wszystko ma na koncie trzynaście wygranych i zawsze miejsca w czołówce.

Dar Duni z nr 5; foto: EDYTA TWARÓG

Dar Duni dziś ma jedenaście lat, zadebiutował jako czterolatek i od razu zajął drugą lokatę, następną gonitwę wygrał. Nic dziwnego, że nowa właścicielka zaczęła z optymizmem patrzeć w swoją wyścigową przyszłość, choć wówczas jeszcze zbyt wiele o trenowaniu koni nie wiedziała. Nawet kiedy w tym samym czasie zgodziła się zająć dwoma arabami Krzysztofa Grudziąża, które źle znosiły stajenne warunki na Służewcu, powiedziała mu wprost:

– Ale ja wszystkiego o treningu koni nie wiem, jeszcze się na tym do końca nie poznałam.

 – To się poznaj – usłyszała i stanęła przed faktem dokonanym.

Kolorowe kamzoły; foto: FAPA-PRESS

Poznawała pracując z innymi trenerami i przygotowując jednocześnie do egzaminu na licencję trenerską. Za pierwszym razem oblała, choć na wszystkie pytania znała odpowiedzi. Negatywny wynik nie był dla niej zaskoczeniem.

– Przyszłam z zewnątrz, komisja nic o mnie nie wiedziała, jej członkowie na wszelki wypadek mi nie zaufali. Mówi się trudno, ale jak człowiekowi zależy, próbuje dalej. Poszłam na staż do Małgorzaty Łojek. Solidnie popracowałam pod jej kierunkiem, wiele się nauczyłam i stanęłam przed szanowną komisją po raz drugi. Tym razem wyszłam z tarczą.

Trenerka i jej gwiazda: foto: FAPA-PRESS

I tak już pięć lat Kamila Urbańczyk trenuje zawodowo swoje i nieswoje konie. Sześć razy w tygodniu dosiada codziennie przynajmniej czterech i śmieje się, że one mają lepiej, bo mniej z nią biegają niż ona z nimi. Najchętniej wsiada na tego pierwszego, najmniej ochoczo na ostatniego. Ale nie narzeka, bo sama chciała tak pracować. Zmartwień oczywiście nie brakuje; największe, gdy koń się nie nadaje do wyścigów, jest słaby, niski, nie ma szans na dobre wyniki, a właściciel święcie w niego wierzy i nie przyjmuje do wiadomości, że dalsze treningi i starty nie maja sensu. Wtedy stawia sprawę na ostrzu noża, mówi, że nie będzie zamęczać konia dla uciechy właściciela.

 – Nie każdy człowiek rodzi się pisarzem, nie każdy koń rodzi się sprinterem. Nie godzę się na sztukę dla sztuki, bo akurat za tą sztuką stoi żywe zwierzę, za które biorę odpowiedzialność. Trzy nieudane starty mówią wszystko o możliwościach konia – wtedy odmawiam właścicielowi dalszych treningów. Rozstajemy się nie zawsze w przyjaznej atmosferze, ale przynajmniej mam czyste sumienie. (jp)

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.