Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

HEJ DENTYSTKI! HEJ NA KOŃ!

Łączy je wykształcenie, wykonywany zawód i pasja. Wszystkie są lekarkami-stomatolożkami, żadna z nich nie wyobraża sobie życia bez koni, choć każda uprawia inny rodzaj jeździectwa. Anna Olędzka z Białej Podlaski jest członkiem Konnej Straży Ochrony Przyrody i Tradycji; Bożenę Skłodowską ze Skłodów-Stachów pociągają samotne, kilkusetkilometrowe wyprawy w siodle; Izabella Żarnawska z Broku to znana sędzia i zawodniczka konkurencji westowych.

ANNA OLĘDZKA: wiem swoje

Na ten pierwszy spokojny spacer po lesie, lekarz zezwolił bez wahania. Pęcina wracała do zdrowia, nie było sensu, by klacz nadal stała w boksie i przestępowała z kopyta na kopyto. Anna Olędzka, właścicielka konia, zgodnie z zaleceniem weterynarza, zabandażowała kontuzjowane miejsce i  ruszyła w drogę powolnym stępem. Nic nie wskazywało, by za chwil kilka wydarzyło się coś, czego nawet nie była w stanie sobie wyobrazić. Otóż niezbyt dokładnie zapięty bandaż zaczął niespodziewanie rozwijać się i fruwając pomiędzy nogami kobyły, doprowadzać ją do dzikiej furii. Ze stępa błyskawicznie przeszła w szybki kłus, a zaraz potem w tak zawrotny galop, o jakim amazonka nawet nie śniła. Istny cwał, do tego urozmaicany nierytmicznymi wybiciami w powietrze. Kobieta nie miała pojęcia, co wprawiło konia w złość – z pozycji siodła nie widziała, jaki „dramat” rozgrywa się pod końskim brzuchem – ale co istotne, nie wpadła w panikę. Mało tego, do końca… bandaża, radziła sobie znakomicie. Kiedy ten całkiem się rozwinął, klacz zwolniła i ze stoickim spokojem kontynuowała spacer stępem.
Najważniejsze, że nic a nic jej ten cwał nie zaszkodził, kontuzja nie odnowiła się; ja natomiast doświadczyłam najwspanialszej przejażdżki w życiu. Ach, co to był za sprint! Mam o czym opowiadać.
Lata temu Anna Olędzka dzieliła się wspomnieniami z pieszych wycieczek po górach i wypraw żeglarskich. Kiedy los rzucił ją do Białej Podlaskiej, gdzie ani gór, ani oceanów, a chęć bycia aktywną pozostawała niezmienna, zainteresowała się jeździectwem
– Jak bowiem na Podlasiu, gdzie Janów i słynne araby, można nie bratać się z końmi. No to powiedziałam sobie HEJ NA KOŃ i się zbratałam. Zaczęłam jeździć w klubie założonym przez Macieja Falkiewicza, wybitnego malarza, i właściwie cud, że się nie zniechęciłam po pierwszej jeździe. Maciek dał mi doświadczonego konia sportowego, który w mig rozszyfrował, że o dosiadzie nie mam pojęcia. Najpierw chciał mnie ugryźć w łydkę, a kiedy mu się to nie udawało, zrzucić. Też mu się nie udało.

Z jazdy na jazdę było jednak nieporównywalnie lepiej. Z czasem Anna Olędzka przeniosła się do innej stajni, w Białej Podlaskiej. Tam namówiono ją, by sprawiła sobie konia. No to sprawiła i w ten oto sposób weszła w konie po uszy. Wspólnie z mężem, Markiem Olędzkim, mają cztery wierzchowce. Jeżdżą niemal codziennie. Swoje dzieci też wychowali na jeźdźców. Córka i syn mają nawet papiery instruktorskie; niestety kontakt z nimi z racji odległych adresów jest rzadki. Sami więc rodzice uczestniczą w dziesiątkach imprez jeździeckich, są członkami Stowarzyszenia „Konna Straż Ochrony Przyrody i Tradycji”. Biorą udział m.in. w dorocznym rajdzie do Jezior w okolice Łosic, na miejsce bitwy stoczonej przez Oddział Partyzancki 34. Pułku Piechoty Armii Krajowej, w którym służył Ludwik Maciąg, żołnierz zwiadu konnego, jeden z naszych najsłynniejszych powojennych artystów malarzy.
Przez wiele lat rajdy te sam organizował zaszczepiając w jeźdźcach potrzebę wspólnych spotkań i wypadów, nie tylko zresztą charakterem patriotycznych, również towarzyskich. Weszło nam to w krew i spotykamy się – my, podlascy koniarze – z okazji i bez okazji. Dla mnie to odskocznia od codzienności, od wykańczającej fizycznie pracy stomatologa – każdemu dentyście prędzej czy później siada kręgosłup. Ja już nawet nie mogłam chodzić. Pozbierałam się jednak i nieźle funkcjonuję właśnie dzięki koniom. Co prawda lekarze ortopedzi odradzają mi tę formę rehabilitacji, ale ja wiem swoje – kwituje pół żartem, pół serio Anna Olędzka.

BOŻENA SKŁODOWSKA: wodzę palcem po mapie

Gdyby miała więcej wolnego, chciałaby służyć w kawalerii. Ale że w oddziałach kultywujących tradycje ułańskie rzadko przyjmują dziewczyny, brak czy nadmiar czasu nie są już dla niej tak istotne. Żyje sobie samotnie w malowniczej wiosce koło Ostrowi Mazowieckiej, w  Skłodach-Stachach, gdzie wychowywała się w dzieciństwie i dokąd wróciła po studiach w Akademii Medycznej. Odziedziczony po babci dom, stał się azylem na przynajmniej dziewięć, dziesięć miesięcy w roku – te najzimniejsze spędza przeważnie w mieście, choć wieś, nawet w ostry mróz, musi codziennie odwiedzać z racji swojej menażerii.
Od kilku tygodni ma dwa wierzchowce: do czternastoletniego, siwego arabskiego wałacha Zefira, który jest u niej już sześć lat, dołączyła siwa Siwula, ośmioletnia klacz słusznego wzrostu, rasy niesprecyzowanej. Oba konie mają wiele wspólnego: nim trafiły do doktor Bożeny, nikt nigdy ich nie dosiadał ani nie użytkował w żaden inny sposób.
Były, jak to się mówi, zupełnie surowe, takie „niezapisane karty”. Ale właśnie takie konie lubię najbardziej. Nie muszę ich niczego oduczać, a wszystko, co potrafią i co będą potrafiły zależy wyłącznie od moich umiejętności. Nielekkie to zajęcie, wymaga dużego nakładu pracy, cierpliwości i systematyczności. Efekty cieszą więc szczególnie. Siwula np. po tygodniowym kontakcie daje nogi. Zaczęłam też przygotowywać ją do przyjęcia siodła – jeszcze nie jest gotowa, ale myślę, że za kilka, kilkanaście dni będę mogła na nią wsiąść. Ma dobry charakter, jest spokojna, zrównoważona, opanowana, do tego bystra, szybko się uczy – takie cechy sprzyjają porozumieniu.
Bożena Skłodowska planuje w przyszłości wybrać się z oboma końmi na pielgrzymkę do Częstochowy. Z Zefirem już była.
Przygotowywałam się blisko dwa lata – do przejścia mieliśmy około 380 kilometrów. Sporo. Bez odpowiedniego treningu przebycie takiej trasy, tak przez jeźdźca jak konia, jest niemożliwe. Solidnie więc nad sobą pracowaliśmy. Na miejsce dotarłam zmęczona, ale usatysfakcjonowana, tym bardziej, że konno jechałam samotnie. Byłam zależna od Zefira, on ode mnie, a razem od dwóch moich koleżanek, bez których ta wyprawa w ogóle nie byłaby realna. Jolanta Ponikowska, też zresztą lekarka stomatolog, i Mirosława Cieślak wiozły samochodami mój sprzęt: rzeczy osobiste, namiot, prowiant dla mnie i konia. Trasę udało nam się pokonać według wcześniej ustalonej marszruty. Pobudka o trzeciej rano a około szóstej już meta kolejnego etapu. W ten sposób unikaliśmy największego ruchu na szosie. To istotne, zważywszy jak zachowują się kierowcy tirów. Jeżdżą z ogromną prędkością, lekceważą przepisy i innych użytkowników dróg, jakby świat należał tylko do nich. Denerwowałam się momentami bardzo, a co dopiero zwierzę. Kilka razy byliśmy o włos od tragedii. Trasę jednak szczęśliwie udało się nam pokonać i to zgodnie z harmonogramem, w dziesięć dni.
W dwa konie byłoby szybciej. Pod siodłem szłyby na zmianę i na zmianę też nosiłyby bagaże.
Taka wyprawa znowu jednak wymaga żmudnych przygotowań, przede wszystkim Siwuli, bo z Zefirem jesteśmy już w bojach zaprawieni. Od trzech lat jeździmy na przykład, i to w kilka koni, na rajd do Sanktuarium Matki Bożej Pojednania w Hodyszewie. Wkrótce wybieramy się w kolejną, dwustukilometrową trasę do Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej w Kodniu. Na razie, jak zwykle przed każdym rajdem, wodzę palcem po mapie i ustalam szczegóły, dzielę drogę na odcinki i wyznaczam etapy. Jak wszystko zapnę na ostatni guzik, będę mogła śmiało stwierdzić: HEJ NA KOŃ
Tak, jak zapewne powiedziała, gdy zaczynała swoją hipiczną przygodę zaraz po studiach. Szlify zdobywała m.in. u Izabelli i Michała Żarnawskich w Broku, w stajni „Belvedere” w Łazienkach Królewskich i kilku innych, głównie warszawskich i podwarszawskich ośrodkach jeździeckich. Kiedy odziedziczyła babciną zagrodę, kupiła sobie pierwszego konia, angloaraba. Miała go jakieś cztery lata i miałaby zapewne do tej pory, gdyby nie tragiczny wypadek: złamał nogę i nie można było mu pomóc. Płakała w dzień i w noc. Tęskniła i nie mogła się pogodzić ze stratą przyjaciela – tak go traktowała. Był dla niej tak ważny, że o niczym innym nie potrafiła myśleć. Wstawała o czwartej rano, by jak najwięcej czasu spędzać z nim także przed pójściem do pracy, a ledwie ostatni pacjent zamykał za sobą drzwi gabinetu, ona już była z powrotem w stajni, w swoim świecie. Tylko rodzina pytała: kiedy wreszcie skończysz z tymi końmi? Pyta zresztą po dziś dzień. Nie odpowiada, robi swoje. Jeździ, karmi, sprząta, rozpieszcza, czyści, mało tego, tak się wczuła w swoją zawodową rolę, że kupiła tarnik i nawet o końskie zęby dba sama.

IZABELLA ŻARNAWSKA: hop Lutek, hop !

Izabella Żarnawska z Broku też wykorzystuje w stajni umiejętności stomatologiczne. Nie obce jej usuwanie mleczaków czy szycie rozległych ran w końskich paszczach. Na szczęście takich zabiegów ma niewiele, gros czasu może więc spędzać ze swoim stadem znacznie przyjemniej. Stadem nie byle jakim. Wraz z mężem, Michałem Żarnawskim, mają ponad dwadzieścia koni, w tym fryzy, ale przede wszystkim wierzchowce rasy american quarter horse, doskonale znane pasjonatom zawodów rozgrywanych w stylu west. Iza jest dwukrotną wicemistrzynią Polski w konkurencjach szybkościowych (Barrel Race – wyścigi wokół beczek). Obecnie startuje przede wszystkim w reinningu, czyli w ujeżdżeniu w stylu west oraz w bardzo niebezpiecznych konkurencjach z bydłem: working cow horse i team penning. Ma też na koncie – w ramach kursu – występ w USA w koronnej dyscyplinie cutting, w której koń i jeździec muszą wykazać się umiejętnościami wydzielenia ze stada pojedynczej sztuki bydła i przez określony czas blokować jej powrót do tegoż stada. Mąż Izabelli także jest znanym zawodnikiem, wielokrotnym mistrzem Polski. Podobnie, jak ona, ma międzynarodowe uprawnienia sędziowskie.
Izabella nie tylko nie przypuszczała, że kiedykolwiek będzie zawodniczką, współwłaścicielką Western Riding Center BRONCO, jednego z najbardziej znanych ośrodków westu w Polsce, ale że w ogóle z końmi zwiąże się tak poważnie. Owszem, od zawsze chciała, jak mówi, straaaaaaasznieeeeeeeeeee  jeździć konno, ale jeździć a obcować z tymi zwierzętami na co dzień, to spora różnica. Kiedy mieszkała w Olecku, skąd pochodzi, często myślała o jeździectwie, ale wyłącznie w kategoriach rekreacyjnych. Tam jednak nie było nawet takich możliwości. Pojawiły się dopiero przy okazji studiów w białostockiej Akademii Medycznej, ale zajęta przede wszystkim nauką, dziecięce marzenia odłożyła ad acta. Dopiero w 1997 roku, gdy… jako młoda lekarka trafiła na staż do wiejskiej przychodni zdrowia w Prostyni i po pracy nudziła się jak mops, przypomniała sobie, że zawsze chciała jeździć konno. Zaczęła rozpytywać, czy w okolicy nie ma jakiegoś ośrodka jeździeckiego. Ktoś jej polecił PANA MICHAŁA z Warszawy, który 20 kilometrów dalej ma konie i uczy jeździć.
– To ja w samochód i do pana Michała! – wspomina.
Przyjeżdżała każdej wolnej chwili, nawet zimą i galopowała, jeśli nie na ujeżdżalni to w terenie.
Nie dość, że zdolna, ambitna to jeszcze posłuszna – podsumowuje lekcje z dziewczyną z Mazur, Michał Żarnawski. – Z takimi uczniami najlepiej się pracuje. Są pilni i zależy im, by jak najszybciej opanować kolejne elementy sztuki jeździeckiej.
Nie lada sprawdzianem dla świeżo upieczonej amazonki był rajd do Janowa Podlaskiego. Pojechali w pięć koni, nocowali gdzie popadało, nawet pod gołym niebem. Powrót z tej wyprawy Iza zapamięta na zawsze.
– Musiałam cały dzień, kilkadziesiąt kilometrów, jechać na oklep, bo mój koń obtarł się od popręgu. Była to dla mnie najlepsza w życiu lekcja dosiadu.
Dosiad dosiadem, konie końmi, a pan Michał zaczął dostrzegać w swojej uczennicy kobietę; uczennica w panu Michale mężczyznę. Po dwóch latach pobrali się. Co prawda w drodze do kościoła, pękł w karecie dyszel, ale na ślub zdążyli. Przypomnieli sobie wtedy, że zaręczyny też nie obyły się bez przygód: kiedy w środku nocy wracali do domu wierzchem, na oklep, postanowili, nie schodząc z konia, zamienić się miejscami. Iza spadła, złamała rękę. Złamała też palec, ale to już innym razem. Poganiając konia, tak energicznie wymachiwała ręką, że zawadziła o wysoki horn w swoim westowym siodle. Siodle notabene, które dostała od męża na gwiazdkę.
– Ale byłam szczęśliwa, gdy je wypatrzyłam pod choinką. Nazajutrz przekonałam się na własnej skórze, ile trzeba wiedzieć, żeby takie siodło na końskim grzbiecie prawidłowo zamocować. Zamiast bowiem popręgu zapinanego na klamrę z bolcem, wyposażone było w pas, który wiązało się w tzw. krawat. Zawiązałam jak umiałam i HEJ NA KOŃ! W trakcie galopu lasem – pamiętam, że było to w Sylwestra – zaczęłam zsuwać się z siodłem pod brzuch konia. Chwilę tak jechałam i… odpadłam. Szczęście, że na miękki, głęboki śnieg.
Ta przygoda sprawiła, że już nigdy nie popełniła podobnego błędu i mogła bezpiecznie cwałować w każdym modelu siodła. Cwałować dosłownie. Iza uwielbia zawrotne prędkości. Wielu już chciało ją dogonić i rezygnowało. Na jednym z Hubertusów wcieliła się w rolę lisa i nie dawała złapać ponad 40 minut. W końcu spasowała, bo zabrakło jej sił. Umiejętność radzenia sobie w siodle przy dużych prędkościach procentowała na zawodach w konkurencjach szybkościowych. Za jedno z pierwszych miejsc zdobyła nie byle jaką nagrodę: udział w czterodniowym spędzie bydła w Beskidzie Niskim, w okolicach Odrzychowej.
– Zabrałam Michała i pojechaliśmy. Pierwszy dzień był najtrudniejszy, zwłaszcza dla mnie, bo hucuł, którego mi przydzielono na czas spędu, ani myślał wspinać się pod górę; musiałam więc iść pieszo i ciągnąć go za sobą niczym upartego osła. I żeby jeszcze kilometr, dwa, ale droga na Polany Surowiczne zajęła nam przeszło osiem godzin! Warto jednak było się przemęczyć. Kapitalne doświadczenie, przepiękne krajobrazy i wspaniali ludzi, wśród nich miejscowy bajarz opowiadający beskidzkie dzieje, ozdabiający niestworzone historie grą na rogu. Pamiętam też, jakie wrażenie zrobiły na mnie hucuły galopujące po kamieniach, po śliskim podłożu. Konie z nizin „zdolne” są złamać nogę na prostej drodze, a tamte nawet na wertepach i w górach radzą sobie rewelacyjnie.
Hucuły, choć mają znakomite cechy, nie są w typie Izy. Nim przesiadła się na american quarter horse, preferowała araby. Małe, zwinne, szybkie jak błyskawica…
– … i jak skaczące! – śmieje się nasza rozmówczyni. – Z moim Eolosem vel Lutkiem zajęliśmy drugie miejsce w konkursie potęgi skoku. Konkursie, co prawda amatorskim i zorganizowanym przy okazji Hubertusa, ale wynik poszedł w świat. Faworytami byli Michał ze swoim znakomitym skoczkiem, rosyjskim koniem wkkw. Ale jak to często bywa z faworytami, odpadli na pierwszej przeszkodzie. My z Lutkiem pięliśmy się coraz wyżej. Lutek jednak nie miał pojęcia o skakaniu i zatrzymywał się przed każdą przeszkodą. Wtedy mówiłam mu „hop Lutek, hop!”  i z miejsca pokonywał drągi. Przy kolejnym skoku, hasło „hop” podchwyciła  publiczność. Lutkowi taki doping wyraźnie dodał skrzydeł i skoczył wyżej niż miał w kłębie, jakieś półtora metra. I jak tu nie kochać arabów? – kończy swoją opowieść kowbojka z Broku i oddala do gabinetu, do swoich pacjentów.

Ale kiedy wróci z pracy, pierwsze kroki skieruje do stajni… podobnie jak Anna Olędzka i Bożena Skłodowska.

                                                                                                                Piotr Dzięciołowski
Zdjęcia: FAPA-PRESS

    Print       Email

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.