Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

ZACZĘŁO SIĘ OD OSIEMDZIESIĘCIU HUZARÓW (1)

Jerzy Rubersz: z wykształcenia historyk, absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, z zamiłowania koniarz, nauczyciel jazdy konnej w Technikum Hodowli Koni w Wolborzu, kaskader. O jego przebogatych doświadczeniach w siodle…

_DSC7478

Jerzy Rubersz; foto: FAPA-PRESS/ P. Dzięciołowski

Jerzy Rubersz: z wykształcenia historyk, absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, z zamiłowania koniarz, nauczyciel jazdy konnej w Technikum Hodowli Koni w Wolborzu, kaskader. O jego przebogatych doświadczeniach w siodle opowiemy w kilku odcinkach. Dziś część pierwsza poświęcona wieloletniej przygodzie Jerzego Rubersza z filmem.

Wcielał się m.in. w Kozaków, husarzy, dragonów; dublował znanych aktorów, bywał konsultantem scen konnych, podejmował się zadań mrożących krew w żyłach. W Przyspieszeniu (1985) w reżyserii Zbigniewa Rebzdy skakał przez strzelające działa armatnie.

Na szczęście na ogierach, a te są odważniejsze od klaczy i wałachów. Najpierw robiliśmy próby skacząc przez wiklinowe zasieki rozstawione między „cichymi” działami; potem w pewnej odległości od strzelających, by w końcu pokonywać te właściwe: dymiące i huczące. Czy mieliśmy pietra? – pewnie, że tak, bo człowiek jest realistą. Z drugiej jednak strony, jeżeli koń przeskoczył raz, drugi, trzeci, to trzeba mieć nadzieję, że nie odmówi również za czwartymi.

W Kanclerzu (1991) w reżyserii Ryszarda Bera też było gorąco. Zdjęcia kręcono m.in. zimą na lotnisku w Piotrkowie Trybunalskim. Ale co to za zima – w lutym temperatura wynosiła aż dziesięć stopni powyżej zera. Strażacy maskowali więc aurę pianą gaśniczą, co śnieg rzeczywiście przypominało, ale w połączeniu z podłożem stawało się niezwykle śliskie. Tymczasem prędkości jeźdźcy rozwijali zawrotne. Na komendę „dodaj”, konie ruszały cwałem i żadna siła nie była w stanie ich zatrzymać. W masie wymykają się spod kontroli. To normalne.

– Galopowaliśmy z lancami. Przed nami jechał citroen z operatorem. Samochód też pędził, ale mój koń okazał się szybszy. Niewiele brakowało, a trafiłbym lancą w obiektyw kamery. Hamować nie mogłem, bo za mną cwałowało przecież kilkudziesięciu jeźdźców. W ostatniej chwili udało mi się auto wyminąć i wyprzedzić. Byłem jednak zdziwiony, że kierowca widząc, co się dzieje, nie próbował uciekać. Po zdjęciach dowiedziałem się, że ani on, ani operator nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia. Szczęśliwi ludzie.

Sytuacje stresowe zdarzają się nie tylko w trakcie ujęć i prób, ale też podczas pokazów związanych z produkcjami filmowymi. Na krótko przed rozpoczęciem zdjęć do Ogniem i mieczem w reżyserii Jerzego Hoffmana, Jerzy Rubersz brał udział w show w Lipkowie. Tam jako Skrzetuski walczył w galopie na szable, tam też na tor jazdy oddzielony od publiczności linami, wbiegło nieupilnowane dziecko.

To cud, że ktoś zdążył przed końmi zabrać malucha i nic mu się nie stało. Ale kiedy przypominam sobie tę historię, serce podchodzi mi do gardła. Chyba nigdy wcześniej ani później nie byłem tak przerażony, jak wtedy. Nie ma nawet porównania z moją przygodą z Tubądzina. Galopowałem z boku konia głową w dół. W pewnym momencie poczułem, że trok spinający ostrogi, na których wisiałem, rozplata się. Jeszcze chwila i zleciałbym na ziemię, co przy takiej prędkości nie mogło dobrze się skończyć. Nie wiem, jak to zrobiłem, ale zdołałem wciągnąć się na siodło i w ten sposób wyszedłem z opresji bez szwanku.

Jerzy Rubersz przy okazji pracy na planach filmowych przeżył wiele, choć to określenie nie zawsze odpowiada prawdzie, bo czasem… nie przeżył. W bitwie polsko-kozackiej nad Żółtymi Wodami ginął z ręki wroga, ale dobry humor nawet wtedy go nie opuszczał. Leżał martwy i pękał ze śmiechu, gdy jeden żołnierz-statysta zbyt mocno przyłożył drugiemu, a wówczas, czego w scenariuszu nie było, bili się już wszyscy ze wszystkimi, jak na meczu hokejowym.

Śmiesznych historyjek filmowych mam w zanadrzu dziesiątki. Pamiętam, jak pewien aktor – mniejsza o nazwisko – który wyjątkowo bał się koni, a musiał ileś jazd zaliczyć, dał się w końcu przekonać do jednego wierzchowca, ale tylko do tego jednego. Pech chciał, że któregoś dnia koń nabawił się kontuzji i okulał. Trener podstawił więc aktorowi siwka bardzo podobnego. Ten nie podejrzewając jakiegokolwiek podstępu, odbył lekcję jak zazwyczaj, i chyba do dziś nie ma pojęcia, o podmiance, na którą dał się nabrać. Najważniejsze, że opanował przynajmniej podstawy i z trudem, bo z trudem filmowemu wyzwaniu podołał.

Bywają aktorzy przyznający się otwarcie do swoich umiarkowanych, by nie powiedzieć kiepskich umiejętności jeździeckich.

SASZA DOMOGAROW; foto: FAPA-PRESS

Sasza Domogarow potrafił zagrać, że świetnie jeździ konno; foto: FAPA-PRESS/P.Dzięciołowski

Owszem, ale niektórzy potrafią zagrać znakomitych jeźdźców. Tę umiejętność posiadł np. Sasza Domogarow wcielając się w Jurko Bohuna. Powiedział, że zagra i zagrał rzeczywiście wyśmienicie. Kiedy kręcono zbliżenia zawsze siedział na osiodłanym koniu. A wspominam o tym nie bez kozery.

FAPA-PRESS

Ranny Bohun w kołysce przytroczonej do dwóch koni. W tej scenie Domogarow miał dublera; foto FAPA-PRESS

W „Przyspieszeniu” jeden z aktorów także siedział w siodle, ale przymocowanym do deski. W filmie „Polonia Restituta” (1981) w reżyserii Bohdana Poręby, w trakcie zdjęć kręconych na poligonie pod Skierniewicami, pewien odtwórca roli wprost błagał, by go ktoś zastąpił w scenie konnej, bo jak mówił: był jedynym żywicielem rodziny. Życzenie spełniono, w końcu m.in. od tego są kaskaderzy. Pół biedy jednak, gdy mają wcielać się w postaci drugo- czy trzecioplanowe, ale gdy mają zastępować głównych bohaterów, to myślę sobie, że z tym naszym filmem fajnie nie jest.

W amerykańskich produkcjach aktorzy mający grać role na koniu, a do tego jeszcze np. radzić sobie z szablą, przygotowują się do zdjęć nawet kilkanaście miesięcy. Każdy ma swojego trenera, kilka koni i nauczyciela fechtunku. Bo każdy z nich wie, tak samo zresztą, jak wiedzą tamtejsi reżyserzy i operatorzy, że walka białą bronią wymaga wyrobionego nadgarstka i niezwykle sprawnej ręki, czego nie da się wyćwiczyć w parę godzin.

To musi być jak balet, wtedy dopiero wygląda! Z kolei jazda wierzchem wymaga dogadania się z koniem, umiejętności czytania sygnałów, które zwierzę wysyła. Tylko wówczas możliwe jest stworzenie z konia i jeźdźca nierozerwalnej całości. Np. Clint Eastwood sprawia na ekranie wrażenie, jakby był sklejony z koniem. I o to chodzi. To jest zawodowstwo.

Jerzy Rubersz od najmłodszych lat z zapartym tchem oglądał każdy film, w którym grał przynajmniej jeden koń. Nie omijał westernów – tych znakomitych, jak Rio Bravo, czy Siedmiu wspaniałych, ale też tych okropnie nudnych, bo nie o treść mu chodziło, ale o konie. Już jako dzieciak pragnął, by kiedyś pokazać się w siodle, choć w jednym filmie. Marzenie ziściło się w roku 1978. Prowadził wtedy na terenie słynnego Stada Ogierów w Bogusławicach Akademicki Ośrodek Jeździecki. Któregoś dnia wezwał go do siebie dyr. Andrzej Osadziński i zakomunikował, że potrzebuje trzydziestu jeźdźców do filmu. Stado od dawien dawna współpracowało z kinematografią. I tak Rubersz zaliczył pierwszy klaps w węgierskim obrazie Osiemdziesięciu huzarów (1979) w reżyserii Sándora Sáry. Wkrótce pojawiły się kolejne propozycje. Do dziś było ich ponad pięćdziesiąt. Jedną z niedawnych otrzymał od przyjaciela Romana Polańskiego, izraelskiego reżysera Edwarda Etlera. Srebrzysty lis Felicji T to autobiograficzna opowieść autora filmu o holokauście. Szczególną rolę odgrywa w nim wyszukany przez Rubersza, tarantowy koń. Zaprzęgnięty do bryczki, wozi Żydów na teren getta. Wozi w świat śmierci.
Niestety obraz do dziś nie został ukończony. Czy wejdzie na ekrany, nie wiadomo. To chyba jedyna produkcja z udziałem Jerzego Rubersza, której nie możemy obejrzeć. Nie zobaczymy też pewnie kilkuset scen, które zostały nakręcone, a których reżyserzy nie włączyli do swoich filmów z rozmaitych powodów, bo albo przestały im pasować do koncepcji, albo uznali, że nie zostały tak zrealizowane, jak planowali. Tak się dzieje podczas montażu każdego filmu.

Najwięcej ujęć pominięto w „Ogniem i mieczem”. Żałuję zwłaszcza wielu kapitalnych scen walki wręcz i z siodła. Krew lała się hektolitrami. Trudno było nastarczyć pojemników z ketchupem.

Cdn.

Piotr Dzięciołowski

    Print       Email

Jedna odpowiedź do “ZACZĘŁO SIĘ OD OSIEMDZIESIĘCIU HUZARÓW (1)”

  1. […] Wcielał się m.in. w Kozaków, husarzy, dragonów; dublował znanych aktorów, bywał konsultantem scen konnych, podejmował się zadań mrożących krew w żyłach. O filmowych przygodach, czyli cz.I wywiadu rzeki z Jurkiem Ruberszem na stronie Hejnakon.pl. […]

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.