Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

OKO W OKO Z NIEDŹWIEDZIEM

Barbara Draus: absolwentka wydziału biologii i ochrony środowiska, przyrodniczka, ornitolożka. Wraz z mężem Łukaszem, przyjaciółką Agnieszką Grochal-Gil i jej mężem Danielem prowadzą „Zaczarowane Wzgórze” …

BARBARA I ŁUKASZ; foto: FAPA-PRESS

BARBARA I ŁUKASZ; foto: FAPA-PRESS

Barbara Draus: absolwentka wydziału biologii i ochrony środowiska, przyrodniczka, ornitolożka. Wraz z mężem Łukaszem, przyjaciółką Agnieszką Grochal-Gil i jej mężem Danielem prowadzą „Zaczarowane Wzgórze” – zagrodę edukacyjną, która w ubiegłym roku zdobyła tytuł Najlepszego Gospodarstwa Edukacyjnego w Polsce. Placówka pełna koni, ptaków, kóz, owiec, świń… obchodzi dziesiąte urodziny.
„Zaczarowanego Wzgórza” na próżno szukać na targeo.pl. czy w słowniku nazw geograficznych. Teoretycznie nie istnieje, ale tylko teoretycznie, bo ci, którzy o nim słyszeli i tam bywają, doskonale wiedzą, że jest i ma się doskonale. Usytuowane nad Czasławiem w powiecie myślenickim, oddalone jest od Krakowa niecałe trzydzieści kilometrów. We wsi przy szosie stoi drogowskaz, choć trzeba bardzo uważać, by go spostrzec. Nam udaje się dopiero za trzecim razem i to z pomocą mocno wstawionego tubylca. Wbrew obawom kierunek wskazuje słuszny, bo w górę. Jedziemy więc, jak przykazał. Droga co prawda asfaltowa, jednak tak wąska, że strach pomyśleć, co będzie, gdy z przeciwka nadjedzie inny samochód. Wykrakaliśmy, zjeżdżamy więc na pobocze, ale o dziwo uśmiecha się do nas szczęście: to Barbara Draus wyruszyła naprzeciw, byśmy już dłużej nie błądzili.

Górki, pagórki i konie; foto: FAPA-PRESS

Górki, pagórki i konie; foto: FAPA-PRESS

Ależ tam pięknie! Mocne słońce rozświetla okolice. Przejrzyste powietrze sprawia, że sielskie widoki ciągną się w nieskończoność. Do tego pastwiska z końmi i ośliczką, gdakanie ptactwa, chrumkanie świnek nie tylko wietnamskich, (chińska także dopowiada swoje) i witające spojrzenie szopa odebranego złym ludziom. Powyżej dom gospodarzy, poniżej pensjonat na pięćdziesiąt miejsc, stajnie, ujeżdżalnia, stodoła…

To dopiero ośliczka; foto: FAPA-PRESS

Ach ta ośliczka! Foto: FAPA-PRESS

Kiedy przed dziesięcioma laty dotarli w to miejsce obecni właściciele, nie było tam dosłownie nic poza hektarami łąk i specyficznym, trudnym do scharakteryzowania klimatem. To właśnie ten klimat zawładnął Barbarą i Agnieszką, sprawił, że zdecydowały się osiąść na wzgórzu i ochrzcić je „Zaczarowanym”. Ledwie jednak ziemię kupiły, już pomyślały, że to wszystko bez sensu, bo na takie przedsięwzięcie kompletnie ich nie stać. Zwłaszcza Barbary. By kupić ziemię sprzedała w Krakowie mieszkanie. Była praktycznie bez dachu nad głową, do tego w ciąży. Resztki oszczędności odłożonych podczas ponad dwuletniego pobytu w USA też nie pozwalały jej z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Co dalej? – zastanawiały się ziemskie posiadaczki siedząc wczesnowiosenną porą na swojej łące w nieskoszonej trawie.

Jak to co? – powtórzyła pytanie ich znajoma i sama zaraz na nie odpowiedziała:

– latem zorganizujcie pod namiotami obóz jeździecki, a potem już będzie z górki.

Barbara szeroko otworzyła oczy konstatując, jakie to proste, a Agnieszka w jednej chwili wzięła się do planowania, gdzie staną stajnia, stołówka, sanitariaty i jakie menu zaoferuje, bo na gotowaniu zna się, jak mało kto. Kłopot tylko skąd wziąć namioty? I tu wiadomość, niczym manna z nieba: szczep harcerski, w którym przez lata działała Barbara, wymienia akurat sprzęt turystyczny pozbywając się starego gratis. I tak „Zaczarowane Wzgórze” zaczyna żyć. W każdy piątek po południu zjeżdżają tam tabuny przyjaciół. Tydzień w tydzień, do niedzieli wieczór organizują bazę pod pierwszy obóz, a potem już pod następne i pod stały ośrodek z prawdziwego zdarzenia. Budowa trwa kilka lat. Równolegle przybywa koni i innych zwierząt.

DSC86141aaa

Didi ma zaledwie półtora roku. Wykupiona z fatalnych warunków trafiła na „Wzgórze”. Trochę czasu upłynie nim zaufa człowiekowi bez reszty; foto: FAPA-PRESS

Na miejscu powstaje też azyl dla dzikiego zwierzyńca. Tylko w ostatnich miesiącach trafiły tam szop, dwie pustułki, sarny, bociany… Trafiają też, ale to już do stajni – i zostają na zawsze – konie po przejściach, wykupione z transportów oraz te, z którymi poprzedni właściciele nie potrafili się porozumieć. Niejednokrotnie bali się ich nie tylko dosiadać, nawet do nich zbliżać. Dziś te zwierzaki, choćby arab-morderca, są ulubieńcami dzieci i dorosłych, jeżdżą na nich początkujący i zaawansowani i to na bezwędzidłowych tranzelkach. Przypadkowi obserwatorzy łapią się za głowę zarzucając brak wyobraźni, a jeźdźcy tylko uśmiechają się pod nosem, bo dobrze wiedzą, co czynią. W terenie potrafią rozsiodłać konie i nawet ich nie wiązać, bo nie ma takiej potrzeby. No ale jak się ma takie wierzchowce, jak choćby ukochana Barbary, Gracja, to wszystko staje się zrozumiałe.

Ona reaguje nawet na mój oddech, łydek mogę nie używać. A jak jest oddana, niech świadczy przygoda, którą z nią przeżyłam. Jechaliśmy ostrym galopem w grupie kilkunastu jeźdźców. Gracja jak zwykle na czele, bo zawsze musi być pierwsza. W pewnym momencie pęka ogłowie i spada jej pod szyję. Zastanawiam się co robić – przecież to jazda bez trzymanki. Staram się więc jedynie spokojnie i równo oddychać. I oto Gracja zaczyna hamować, za nią zwalniają inne konie, a ja z każdą chwilą czuje się bezpieczniej.

Emir, koń po wyścigach w trakcie rekonwalescencji; foto: FAPA-PRESS

Emir, koń po wyścigach w trakcie rekonwalescencji; foto: FAPA-PRESS

Na „Wzgórzu” mieszka ponad trzydzieści koni. Każdy inny, każdy niezwykły i przyjazny. Ogromna w tym zasługa Barbary. Kiedy mieszkała w Stanach, poznała metody pracy kompletnie nieznanego wówczas w Polsce Monty Roberts`a. Dziś układa konie nie tylko wedle jego wskazówek. W ośrodku odbywają się szkolenia prowadzone przez takich koniarzy jak m.in. Marzena Niewęgłowska, Dariusz Domagała czy Joe Turner. Trenerzy demonstrują słuchaczom, jak rozmawiać z końmi, jak się z nimi dogadywać. A mówią o tym także na przykładzie wierzchowców, które niegdyś żyły w dzikich stadach. Dwa tinkery Barbara Draus sprowadziła prosto z pastwiska z Irlandii, trzy – rasy „serafinowej”– od Marka Serafina, właściciela największego stada dzikich koni w Europie.

– Z takimi „egzemplarzami” kontakt jest znakomity, bo te konie nie miały kiedy zrazić się do człowieka. Okazują mu zaufanie. Pod siodłem i w trakcie zabiegów pielęgnacyjnych spisują się rewelacyjnie. Nigdy nie widziałam, by którykolwiek kulił uszy czy wykazywał agresję. Mają znakomite charaktery, a przez to, co w takim ośrodku jak nasz jest najważniejsze, są bezpieczne nie tylko dla jeźdźców, ale także gości, choćby uczniów zielonych szkół i uczestników rozmaitych konferencji nie mających żadnych związków z końmi.

Niewykluczone, że dzięki pobytowi, czy pobytom na „Wzgórzu” owe związki zaczną mieć i zafascynują się światem koni bez reszty, jak kiedyś Barbara Draus. Jej przygoda jeździecka zaczęła się w liceum za namową przyjaciółki, która zabierała ją w czasie lekcji do wadowickiej stajni. Tam za ciężką stajenną pracę dziewczyny mogły chwilę pojeździć. Wagary wychodziły oczywiście na jaw, ale wyrozumiali rodzice nie karali córki za niesubordynację. O tym jednak, że szkolny czas dziewczyna spędzała w stajni, dowiedzieli się dopiero po latach. Zupełnie inny życiorys „koński” ma mąż Barbary, który zaczął jeździć na studiach zootechnicznych, gdzie było to obowiązkowe. Talent hipiczny ma ponoć wyjątkowy.

– Uczy się w mig każdej nowości, podczas gdy inni muszą trenować kilka tygodni, by choć odrobinę zbliżyć się do jego poziomu. Niesamowity gość – zachwala żona męża.

Idzie noc, a my na kolacje; foto:FAPA-PRESS

Idzie noc, a my na kolacje; foto:FAPA-PRESS

Nie tylko jeździectwo zbliżyło małżonków do siebie. Przede wszystkim otwartość na ludzi i fascynacja zwierzętami. Przeszłości „zoologicznej”, jaką jednak ma Barbara Draus, nawet mąż pewnie zazdrości. Jako jedna z pierwszych kobiet w Polsce chodziła po lasach nocą i obserwowała sowy. Sypiała sama w lesie na gołej ziemi albo w paśnikach. Tropiła też wilki i… niedźwiedzie. Któregoś razu, kiedy wspięła się na szczyt ściany wąwozu, z przerażaniem spostrzegła, że stoi oko w oko z wielkim misiem. Chyba po raz pierwszy w życiu obleciał ją taki strach.

Przeleciały mi mrówki po plecach, nogi zmiękły w kolanach, pot wstąpił na czoło, ale niedźwiedziowi chyba też, bo w ułamku sekundy zwiał. Na szczęście w przeciwną stronę.

Gospodarze „Zaczarowanego Wzgórza” nie koncentrują swoich zainteresowań i pasji wyłącznie wokół zwierząt. Nurkują, podróżują, żeglują, latają na paralotniach, organizują u siebie koncerty, spotkania z ciekawymi ludźmi…

– Zainteresowania mamy rzeczywiście rozległe i bardzo różnorodne, ale ja i tak każdemu zawsze i wszędzie życzę bycia z końmi. Niekoniecznie jeżdżenia, ale właśnie bycia. Rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę, jak wiele nam one dają poza ewentualną frajdą przejażdżki. Potrafią leczyć kompleksy, sprawić, że stajemy się pewniejsi siebie, że otwieramy się na ludzi. Wystarczy je tylko obserwować z bliska, próbować nawiązywać z nimi relacje, a one niczym lustro uświadomią, jacy jesteśmy. Z naszymi wadami, z naszymi zaletami…

Piotr Dzięciołowski

    Print       Email

3 odpowiedzi na “OKO W OKO Z NIEDŹWIEDZIEM”

  1. Marzena pisze:

    Super wywiad 🙂 Wspaniali ludzie i niesamowite miejsce 🙂

  2. Basia pisze:

    Najlepsze miejsce w jakim kiedykolwiek byłam!
    Wspaniali ludzie i cudowne zwierzaki. 😉

  3. Ola pisze:

    Cudowne miejsce mogą stworzyć jedynie cudowni ludzie. Gratuluję! Świetnie się o Was czyta!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.