Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

KOŃ, SIODŁO I… KOBIETA (1)

Magda Malkus: absolwentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, mediator rodzinny, hodowczyni posokowców bawarskich, od pięciu lat jeździ konno, bo… kupiła sobie konia

_DSC4498

MAGDA MALKUS I ARKADIUSZ PYTYŃSKI; foto: FAPA-PRESS

Magda Malkus: absolwentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, mediator rodzinny, hodowczyni posokowców bawarskich, od pięciu lat jeździ konno, bo… kupiła sobie konia.

 

            Miłośniczka zwierząt od zawsze, ale akurat z końmi nie miała nic wspólnego. Chętnie je obserwowała, choć bez wyraźnego entuzjazmu. Dostrzegała ich piękno, dostojność, bo trudno owych walorów nie dostrzegać nawet, gdy człowiekowi z końmi nie po drodze. Nigdy jej jednak do nich nie ciągnęło. Nie myślała więc, że kiedykolwiek będzie spędzać w siodle długie godziny. I pewnie tak by się nie stało, gdyby nie koleżanki. Jedna chciała konia kupić, druga pochwaliła się, że ma przyjaciela Arkadiusza Pytyńskiego, który konia właśnie sprzedaje, choć sprzedawać wcale nie chce, bo istota to dla niego niezwykle ważna. Niestety z powodu sytuacji, w jakiej się znalazł, musiał rozstać się z ulubioną klaczą. Postawił jednak warunek: Dżąnię sprzeda tylko w dobre ręce.

Magda takie dobre ręce znalazła. Razem z ewentualną nabywczynią konia, wybrały się go obejrzeć. We dwie zawsze raźniej. Gospodarza co prawda w domu nie było, bo przebywał na drugiej półkuli, ale powiadomiony zawczasu sąsiad, zaprezentował oferowaną karą klacz w całej okazałości.

Foto: MAGDA

Dżania w całej okazałości. Tak prezentowała się klacz w dniu, w którym Magda zobaczyła ją pierwszy raz; foto: MAGDA MALKUS

–  Koleżanka zmierzyła Dżanię wzrokiem, stwierdziła jednak, że skoro na miejscu nie ma właściciela, a ona nic o koniu nie wie, to nie wsiądzie. Mnie właściciel do szczęścia zupełnie nie był potrzebny. Pamiętałam z rozmowy telefonicznej jego słowa, że to łagodny zwierz. A skoro łagodny – wydedukowałam – to pewnie, jak pies daje się głaskać, nie warczy i nie gryzie. Po chwili siedziałam już na jego grzbiecie. Wystarczyło kilka kroków stępem, bym podjęła życiową decyzję: klacz będzie moja! Tylko skąd wezmę pieniądze. Pies potrafi kosztować dwa, trzy tysiące, to koń pewnie ze trzydzieści. Pierwszą złotówkę odłożyłam jeszcze tego samego dnia.

Ledwie Arkadiusz wrócił do kraju, Magda oznajmiła mu, że koleżanka rezygnuje, ale ona jest zainteresowana kupnem.

            – Dziecko – zwrócił się do niej właściciel klaczy. – Hodujesz psy i przy psach zostań. Nie umiesz jeździć, nie masz pojęcia o koniach, nie wiesz jak to się je, bierzesz na głowę kłopot, którego rozmiarów nawet w przybliżeniu nie jesteś w stanie sobie wyobrazić. Chcesz kupić, bo ci się spodobał, ale to jeszcze mało, by mieć własnego konia.  

            Magda tak się jednak zaparła – zdradzając przy tym swój twardy charakterek – że Arkadiusz uległ. Ponoć jej oczy nabrały tak błagalnego wyrazu, że zrobiło mu się żal i nie umiał odmówić. Zaoferował za to konia w pakiecie z siodłem i lekcjami jazdy za kwotę nieporównywalnie mniejszą niż się spodziewała.

–  Odetchnęłam. Dopiero po latach przyznałam się, że jakby chciał trzydzieści tysięcy, to wzięłabym kredyt i też mu zapłaciła. Ale się śmiał!

Po transakcji, ale to już w ramach pożyczki, dorzucił jeszcze dziewczynie dwanaście książek poświęconych hipice.

– Wszystkie przeczytałam! Od deski do deski, choć dopiero z czasem nauczyłam się wyczytywać z nich to, czego wcześniej nie rozumiałam albo nie zauważałam, bo wydawało mi się nieistotne.

foto: FAPA-PRESS

Kury, moje kury; foto: FAPA-PRESS

            Nim Arkadiusz zaczął udzielać Magdzie lekcji, trzy miesiące poznawała końskie zwyczaje, przebywając z klaczą, jej źrebakiem i innymi końmi na pastwiskach. Spędzała z nimi dzień w dzień długie godziny, oddając się przy okazji pożyczonym lekturom.

– Tak długie, że stałam się członkiem stada. Dosłownie. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale uzmysłowiły mi to konie. Któregoś razu zaczytana, nie spostrzegłam, że stadko oddala sie w kierunku innego fragmentu rozległej łąki. Zorientowałam się dopiero, gdy usłyszałam rżenie nawołującej mnie Dżani. Zatrzymała się, a po chwili podbiegła i zdawała się mówić: co z tobą, my idziemy, a ty zostajesz? To było nieprawdopodobne doświadczenie. Mam jeszcze jedno takie niesamowite wspomnienie, gdy po raz pierwszy klacz się do mnie przytuliła. Sama z siebie. Długo czekałam na taki moment.

            Trzymiesięczne doświadczenie „stadne” dało Magdzie elementarne pojęcie o koniach. Wraz z przyswajaniem wiedzy książkowej, rozpoczęła naukę w siodle.

Przejażdżka z Arkiem; foto z archiwum MM

Przejażdżka z Arkiem; foto z archiwum MM

Pierwszą lekcję zafundowałem jej na gołym koniu. Nawet ogłowia nie miał – wspomina Arkadiusz, który szlify instruktorskie zdobywał w Stadninie Koni w Rzecznej pod okiem samego Andrzeja Orłosia. –  Od razu zorientowałem się, że dziewczyna ma predyspozycje. W ogóle się nie boi, siedzi luźno. Będą z niej ludzie – pomyślałem. Już na drugiej lekcji pojechaliśmy w teren. Przy pierwszym galopie miała co prawda odrobinę pietra, ale wysiedziała. Po półrocznej nauce wybrała się na pierwszy, kilkudniowy rajd. Nikt nie chciał wierzyć, że jej doświadczenia jeździeckie są takie skromne. Cóż, utalentowane amazonki też się trafiają – śmieje się Arek.

Częste wizyty Magdy w jego stajni i domu, rozmowy nie tylko o koniach, także życiu, sprawiły, że oboje poczuli do siebie to „coś”. Od kilku lat są razem.

– Zrobił facet interes. Wziął kasę, odzyskał, co sprzedał i jeszcze dostał kobietę – żartuje Magda.

_DSC4415

Arek z Dżanią i Magda z Pepitą; foto: FAPA-PRESS

Planowali, że skoro są razem, to zostawią sobie źrebaka Dżani i za jakiś czas będą mieli dwa konie pod siodło. Niestety stało się nieszczęście: źrebak zachorował i nie udało się go uratować. Bardzo to przeżyli. W końcu zaczęli rozglądać się za jakimś młodym, zdrowym, silnym koniem. I wtedy w domu Magdy i Arka pojawiła się mała Kasia, dziewczynka z sąsiedniej wsi, która ze łzami w oczach prosiła gospodarzy, by wykupili z pobliskiej szkółki kaszlącą i słabą dwudziestotrzyletnią arabkę Pepitę. Kobyła dwie dekady woziła jeźdźców i coraz bardziej brakowało jej sił. Było oczywistym, że jeśli nikt klaczy nie weźmie, pójdzie tam, gdzie kończą nikomu niepotrzebne konie.

To jest moja skarbonka, tam są moje oszczędności, niech pani pomoże! – prosiła Kasia ze łzami w oczach.

            Magda w jednej chwili była gotowa dołożyć resztę brakującej kwoty i przyjąć klacz do siebie, musiała to jednak uzgodnić z Arkiem.

– Ty chyba zwariowałaś. Wiesz, co to jest chory koń? Jakiej wymaga opieki, jakich pieniędzy?

Nie dawała za wygraną. Przekonywała, jak umiała, Arek jednak przytaczał  wciąż te same sensowne argumenty. W końcu powiedziała:

– OK. W takim razie idź do Kasi, spójrz w jej mokre oczy i powiedz, żeby sobie poszła, bo ty się nie zgadzasz.

Kasia czekała na podwórzu. Arek energicznie ruszył w jej stronę, ale z każdym krokiem zwalniał. Gdy był już blisko, spojrzał w dziecięcą twarz, przystanął i bez słowa zawrócił.

Zgadzam się – zakomunikował Magdzie.

I tak arabka, której wróżyli najwyżej miesiąc życia, jest z nimi już cztery lata. Zmiana miejsca, warunków, odpowiednie żywienie, spokój i odpoczynek sprawiły, że Pepicie przeszły wszelkie dolegliwości. Nabrała sił. Chodzi pod siodłem, a mówią o niej koń profesor. Kim za to jest Arkadiusz Pytyński, który w końcu zgodził się przyjąć ją do swojej stajni? – zapraszamy do lektury już wkrótce. (jpopr.)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    Print       Email

Jedna odpowiedź do “KOŃ, SIODŁO I… KOBIETA (1)”

  1. Kasia pisze:

    Dziękuję za ten artykuł i ten o Arku. Dał im wiele radości. Tak trudno się pogodzić, że Magda odeszła [‚]

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.