Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

NIE ŻYJE STANISŁAW WYGANOWSKI

Kilka dni temu, 13 października 2017 roku, w wieku 98 lat zmarł STANISŁAW WYGANOWSKI, pierwszy prezydent Warszawy w III RP. Z zawodu urbanista i ekonomista; z nakazu chwili: ułan. Gdyby gestapowcy nie odbili mu wątroby… nie dożyłby nawet dwudziestu dwu lat, a niniejszy tekst nigdy by nie powstał.

 

Stanisław Wyganowski; foto: FAPA-PRESS

Stanisław Wyganowski; foto: FAPA-PRESS

Kilka dni temu, 13 października 2017 roku, w wieku 98 lat zmarł STANISŁAW WYGANOWSKI, pierwszy prezydent Warszawy w III RP. Z zawodu urbanista i ekonomista; z nakazu chwili: ułan. Gdyby gestapowcy nie odbili mu wątroby… nie dożyłby nawet dwudziestu dwu lat, a niniejszy tekst nigdy by nie powstał.

Powiązania familijne z kawalerzystami ma niejeden z nas, ale mieć tych powiązań kilkadziesiąt(!) to pewnie rekord na miarę księgi Guinnessa. Takim „wynikiem” może się pochwalić Stanisław Wyganowski: ułanami byli jego ojciec, szwagrowie, wujowie, stryjowie… członkowie najbliższej i dalszej rodziny. Wszyscy, jak jeden mąż służyli w 1920 roku w 203. Ochotniczym Pułku Ułanów. Tradycję pułkowej przynależności przerwał dopiero on sam, gdy wybuchła II Wojna Światowa. Zaciągnął się wówczas do wydzielonego szwadronu 2. Pułku Szwoleżerów formowanego w Garwolinie.

– Trafiłem na ten szwadron 6-ego może 7-ego września w okolicach Parczewa. Dostałem konia, mundur, karabin, szabelkę i… w drogę. Ruszyliśmy w stronę Zamościa; dla bezpieczeństwa przemieszczaliśmy się nocami. Długie marsze wyczerpywały. Nam, ludziom było o tyle łatwiej, że mogliśmy w trakcie jazdy trochę pospać – i tego człowiek się nauczył! Mnie zmęczenie dawało się jednak wyjątkowo we znaki – wywoływało przywidzenia, coś na kształt fatamorgany. Dobrze więc, że przynajmniej nie musiałem iść o własnych siłach. Konie nie dość, że musiały, to jeszcze było im piekielnie niewygodnie ze śpiącym, gibającym się na wszystkie strony bagażem. Najgorsze, że opadając raz po raz na ich szyje, nadwerężaliśmy im przednie nogi. Wierzchowce ledwie szły. Na komendę „stój!” niejeden klękał. Proszę sobie wyobrazić, jak wielki to był wysiłek, skoro w trakcie 24-dniowej marszruty, zmieniałem konie aż trzykrotnie. Koszmarne znużenie ludzi i zwierząt zapisały się w mojej pamięci mocniej aniżeli walki, jakie toczyliśmy w drodze, choćby w okolicach Lublina.

Na przełomie września i października, kiedy oddział znalazł się w odległości dziesięciu kilometrów od Zamościa, było już wiadomym, że kampania jest przegrana, a w pobliskim mieście stacjonują, jeśli nie Niemcy, to Rosjanie. Wówczas dowódca, rotmistrz Krzyżanowski zebrał wszystkich żołnierzy i opisując sytuację zakomunikował, że kto chce, może wracać do domu, droga wolna.

– Zostali sami oficerowie, wachmistrz i ja jeden szary kawalerzysta. W sumie kilkanaście osób. Całą grupą skierowaliśmy się w stronę Lublina, zatrzymując w lesie na nocleg. Zbudziła nas strzelanina i wrzask Niemców, zostaliśmy otoczeni. Spróbowałem ucieczki pokonując po drodze wyjątkowo wysoki płot – nawet nie wiem, kiedy i jak go zdołałem przeskoczyć. Zaraz potem wraz z jednym z podchorążych wstąpiliśmy do pobliskiej zagrody; gospodarz obdarował nas cywilnymi ciuchami i nakarmił kaszą jaglaną na mleku na słodko – ach jak mi to wtedy smakowało! Najedzeni poszliśmy spać. Nazajutrz ktoś doradził, byśmy dla własnego bezpieczeństwa zgłosili się jednak do Niemców i powiedzieli, że jesteśmy z Warszawy, a wtedy od razu nas puszczą. Dziecięca naiwność! Nie puścili, zamknęli z innymi Polakami na dwa dni w oborze, potem przetransportowali do pałacu w Kozłówce i wsadzili do opuszczonych pięknych stajni. Stamtąd z kolei przewieźli nas do Puław i przez dwa tygodnie karmili wyłącznie jabłkami. Zdrowo, ale głodno! W końcu zdecydowano, co z nami zrobią: oficerów wysłali do oflagu, pozostałych zwolnili.

W połowie października 1939 roku Stanisław Wyganowski był już w rodzinnym domu w Pokrzywnicy opodal Piątka (geograficznego środka Polski). Zdążył jeszcze zobaczyć się ze swoim ojcem Stefanem, którego z racji stanowisk – prezes Związku Ziemian, były poseł na Sejm II RP – gestapo zamierzało aresztować. Ostrzeżony przez znajomego, uciekł dosłownie w ostatnim momencie.

– Ojca zamknęli dopiero „nasi” po wojnie! – dodaje syn.

Po ucieczce Stefan Wyganowski osiadł w Łowiczu i uruchomił wytwórnię kawy zbożowej – odpowiednio doprawiona ponoć smakiem przypominała prawdziwą.

Był rok 1941, początek marca. Pamiętam dokładnie – wspomina zatrudniony w ojcowskiej firmie Stanisław Wyganowski. – Tamtego dnia po pracy pojechałem jeszcze do znajomych. Wracałem bardzo późno. Chcąc zdążyć przed godziną policyjną, zabrałem się dorożką. Kiedy byłem już opodal domu, woźnica spostrzegł rannego niemieckiego żołnierza. Leżał na poboczu, straszliwie jęczał. Ale co u diabła mogło mnie to obchodzić: trwała wojna, niebezpiecznie byłoby się nawet mieszać, powiedziałem więc dorożkarzowi, by jechał dalej. Nazajutrz doszły mnie słuchy, że ów Niemiec dobierał się do polskiej dziewczyny i jej narzeczony obciął mu za to uszy. Motywy owego czynu nie były jednak powszechnie znane, stąd polowanie na sprawcę przypominało szukanie igły w stogu siana.

Wehrmacht zatrzymywał wszystkich mężczyzn zamieszkałych przy ulicy, przy której znaleziono rannego. Aresztowano również, jako zakładników, wiele zacnych łowickich osobistości, m.in. aptekarzy i dyrektora banku. Stanisław Wyganowski po zaprzeczeniu, jakoby coś wiedział, został zwolniony już po kilku godzinach. Wstawiła się za nim księżna Izabela Radziwiłłowa. Kiedy wydawało się, że przynajmniej dla niego jest po sprawie, w mieście pojawiło się gestapo i śledztwo rozpoczęto od nowa. Poszkodowany zeznał, że mijała go jakaś dorożka. Ustalenie „która” nie nastręczało w małym miasteczku żadnych problemów. I tak po nitce do kłębka dotarto do woźnicy, ten z kolei wskazał, kogo wiózł. Aresztowanie Wyganowskiego było już tylko kwestią minut. Wyrwano go ze snu w środku nocy – sześciu gestapowców(!) kopiąc wepchnęło do samochodu.

– Podczas przesłuchań bili strasznie. Bykowcami i, co znacznie bardziej bolało, drewnianą pałką. Gdy kuliłem się od razów, dostawałem w nerki, plecy, gdzie popadło, gdy wyginało mnie do tyłu, dostawałem w żołądek, wątrobę. Skutecznie mi ją odbili. I… dziękuję im za to, bo w ten sposób uratowali mi życie. Kiedy bowiem ciężkiej zimy 1943 roku znalazłem się w oddziale partyzanckim i trzeba było ratować się przed mrozami „grzanką”[1] oraz bardzo tłustym jedzeniem, wątroba „po przejściach” odmówiła posłuszeństwa. Zostałem zwolniony do cywila. Tymczasem moich kolegów z oddziału Niemcy niedługo później namierzyli pod Ćmielowem i podstępnie zaatakowali. Zastrzelili wszystkich podczas kąpieli, ponad dwudziestu ludzi! Nie mam wątpliwości, że była to wsypa.

Wyganowskiego oddelegowano do roboty konspiracyjnej, pełnił m.in. obowiązki jednego z asystentów słynnego pułkownika Antoniego Żółkiewskiego ps. „Lin”, dowódcy 2. Dywizji Piechoty Legionów AK. W związku z planowaną w lipcu 1944 mobilizacją dywizyjnego zwiadu konnego, otrzymał specjalne zadanie. Miał wywieźć kilkanaście sztuk broni, ukrytej w opuszczonym pałacu w Czyżowie – kwaterze „Lina”.

– Szkopuł jednak był w tym, że na folwarku kwaterowali Niemcy, co prawda z jakiegoś technicznego oddziału i przerażeni zbliżającym się frontem, ale zawsze. Musiałem brać pod uwagę, że mogą mnie zaczepić, a wtedy musiałbym się jakoś tłumaczyć, tylko jak? Na wszelki więc wypadek konia oraz wóz konny z dwoma kolegami zostawiłem dwieście pięćdziesiąt metrów od pałacowego wejścia. Sam w długim płaszczu, choć pogoda była znakomita, poszedłem po karabiny. Oczywiście nie było mowy, bym zabrał wszystkie za jednym razem. Trasę przemierzałem trzykrotnie. Kiedy wróciłem po drugą partię, gospodyni – jedyna osoba pozostająca w pałacu – widząc, że kosztuje mnie ta akcja sporo nerwów, dała mi dla kurażu starego, mocnego miodu. Wypiłem parę szklaneczek, a kiedy wróciłem po kolejną porcję broni, poczęstowała mnie jeszcze kilkoma. Alkohol rzeczywiście dodał odwagi, przestałem czymkolwiek się przejmować. Niestety poszedł nie tylko w głowę, ale przede wszystkim w nogi. Jak to miód. Odczułem to zwłaszcza w chwili dosiadania konia – miałem jechać na przedzie i asekurować kolegów. Nie dość, że ledwie dawałem radę wspiąć się po strzemieniu, to jeszcze raz za razem przelatywałem na drugą stronę. W końcu się udało. Udało się też bez przygód dowieźć broń na miejsce formowanego zwiadu.

Stanisław Wyganowski służył w nim od 24 lipca 1944 do pierwszych dni października.

– Dosiadałem znakomitego wałacha – miał na imię Krym – a należał do mojej przyszłej żony, Elżbiety. Po demobilizacji, w drodze do Łowicza, gdzie przebywali moja mama i ojciec, zostawiłem go w zaprzyjaźnionym majątku państwa Byszewskich, rodziców bardzo znanego później jeźdźca, Władysława Byszewskiego.

Po wojnie Stanisław Wyganowski do koni już nie wrócił, dosiadał ich dosłownie kilka razy, ot tak z przypadku. Obowiązki zawodowe, rodzinne, społeczne kolidowały z zainteresowaniami hipicznymi. Pozostały więc jedynie wspomnienia.

Rok 1937. Stanisław Wyganowski na Farsie. Foto: archiwum rodzinne SW

Rok 1937. Stanisław Wyganowski na Farsie. Foto: archiwum rodzinne SW

– Lubię wracać do jeździeckiej przeszłości, ale nie tej z okresu wojny. Zakonotowałem w pamięci wiele przyjemniejszych obrazów, ot choćby moje jazdy na karym kucyku. Dostałem go mając niespełna pięć lat. Jeździłem wtedy bez strzemion na tzw. gapce i ciągle spadałem. Po naliczeniu dwudziestu pięciu upadków rachować przestałem. Powoziłem również parą kucy zaprzęgniętych do dziecięcej bryczki. Jako dwunastolatek zacząłem galopować na dużych koniach. Najbardziej lubiłem jeździć na Farsie i Zwilling-Schwester, półkrewkach hodowanych przez mego stryja Tadeusza. To na tych klaczach mając siedemnaście, osiemnaście lat wybierałem się na wielokilometrowe spacery m.in. do krewnych w Smolicach pod Łodzią i w kaliskie do Złotnik, do stryjecznego dziadka Wojciecha. Tak się czasem zastanawiam, jak daleko bym jeszcze w siodle zajechał, gdyby nie wojna, bo na to, co osiągnąłem bez siodła, narzekać w żadnym razie nie mogę.

Piotr Dzięciołowski

[1] Grzanka: 1/3 masła lub smalcu, 1/3 herbaty, 1/3 spirytusu

    Print       Email

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.