Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

SZYDŁO W ŚRODKU MIASTA

Bogdan Mierzejewski: były Naczelnik Ochotniczej Straży Pożarnej w Wolborzu, ojciec dwóch synów strażaków, jednej córki; dziadek czwórki wnuków; pasjonat jeździectwa i wszystkiego, co z końmi związane: zajmuje się rymarstwem, powozi singlami, parami, czwórkami, piątkami… Hoduje konie rasy małopolskiej, układa je do zaprzęgów i pod siodło.

Powrót z pastwiska; foto: FAPA-PRESS

Powrót z pastwiska; foto: FAPA-PRESS

 Bogdan Mierzejewski: były Naczelnik Ochotniczej Straży Pożarnej w Wolborzu, ojciec dwóch synów strażaków, jednej córki; dziadek czwórki wnuków; pasjonat jeździectwa i wszystkiego, co z końmi związane: zajmuje się rymarstwem, powozi singlami, parami, czwórkami, piątkami… Hoduje konie rasy małopolskiej, układa je do zaprzęgów i pod siodło.

Klacz; foto: FAPA-PRESS

Klacz Brenda ze źrebakiem; foto: FAPA-PRESS

Ulica Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Wolborzu to główna arteria w mieście. Kiedy blisko sześćdziesiąt lat temu Zygmunt Mierzejewski postawił tam dom pod numerem dwunastym, też była główna, tyle że cicha, a natężenie ruchu samochodowego minimalne. Auta przejeżdżały raz na kilka kwadransów, zaburzając rytm stępujących furmanek. Dziś trzeba nieraz czekać nawet kilkadziesiąt sekund nim da się przejść na drugą stronę ulicy. Coś o tym wie Bogdan, syn Zygmunta. Dzień w dzień, świtem i o zmierzchu, przeprowadza przez Modrzewskiego szóstkę swoich koni na pastwisko i z powrotem. Dla bezpieczeństwa robi to na trzy raty.

            – Ojciec był rymarzem, nie hodował koni, nie prowadził gospodarki. Było mu więc na rękę postawić dom w centrum miasta – na moje szczęście z podwórzem. Niedużym, ale dałem radę obudować je boksami. Bywało, że moje stado składało się z dziesięciu – dwunastu wierzchowców. Większość po licencjonowanych ogierach małopolskich ze Stada w Bogusławicach, m.in. po Emetycie i Jubilacie. Wyhodowałem cztery czempiony! Od 1996 roku matką moich koni jest małopolska klacz Brzezina, hodowli Pawła Mazurka. Wygrałem ją! Była główną nagrodą podczas memoriału im. Kazimierza Mazurka w Książu. Teraz mam pięć małopolaków i jednego kucyka.

Na zawodach; foto: FAPA-PRESS

Na zawodach; foto: archiwum rodzinne

Zainteresowanie światem koni Bogdan Mierzejewski odziedziczył najpewniej po dziadku Leonie Kapińskim. Dziadek co prawda hodował wyłącznie kobyły zimnokrwiste – takie do roboty, ale co koń to koń.

            – Mama opowiadała, że jak miałem dwa lata i zapomniał mnie przewieźć wozem, to ryczałem jak bóbr.  

Kiedy wnuk był starszy, nie tylko nauczył się powozić, ale też orać dziadkową parą koni.

BOGDAN MIERZEJEWSKI; foto: FAPA-PRESS

BOGDAN MIERZEJEWSKI; foto: FAPA-PRESS

– Miałem dwanaście lat i za robotę z lejcami w ręku  – w przeciwieństwie do moich rówieśników – mogłem oddać wszystko, mimo iż bywało bardzo ciężko, zwłaszcza jak pług wyskakiwał z ziemi, „potykając” się o wielkie kamienie. Sporo mnie kosztowało wysiłku, by zaprzęg ponownie wprowadzić na właściwy tor.

            Powiadają ludziska, że jak konie człowiekiem zawładną, to trudno się im oprzeć. Mierzejewskiemu nawet przez myśl nie przeszło, by się opierać. Do tego miał sporo szczęścia: jego wujkiem był bogusławicki trener Wacław Gajda. Chłopak w piątej klasie podstawówki zaczął więc jeździć pod jego skrzydłami w tamtejszym Klubie. Uczył się ewolucji woltyżerskich, skakał.

            – Kto wie, może nie byłbym gorszy od Grzegorza Kubiaka? Niestety w ósmej klasie rodzice zakazali mi treningów, miałem poprawić stopnie i skończyć szkołę. Sprężyłem się, skończyłem, ale moje drogi z Bogusławicami rozeszły się. Brakowało czasu. Każdą wolną chwilę poświęcałem koniom odziedziczonym po dziadku. Niestety, gdy kilka lat później przyszło wezwanie do wojska, musiałem je sprzedać. Bardzo to przeżyłem.

Służbę wspomina po dziś dzień w samych superlatywach i nie ma się czemu dziwić. Dostał przydział do CWKS LEGIA, był luzakiem złotego Jana Kowalczyka. Naprawiał też siodła, ogłowia, uprzęże… Dwa lata wojska przeleciały więc, jak z bicza trzasł. Po powrocie do domu zajął się hodowlą i układaniem koni. Jednocześnie pracował w Ochotniczej Straży Pożarnej. Do roboty miał dwa kroki, na drugą stronę ulicy.

– Z zawodem strażaka moja rodzina związana jest od pokoleń. Jeden z pradziadków miał takiego konia do sikawki, że jak zwierzę usłyszało wygrywany na trąbce alarm, to samo z siebie galopowało w stronę bramy. Strażakami są moi synowie, ja pełniłem funkcje naczelnika, gospodarza, kierowcy-konserwatora. Pracowałem w OSP siedemnaście lat! Niestety straciłem tę robotę. Jadąc na akcję w bardzo trudnych warunkach pogodowych, zaczepiłem o pobocze i wpadliśmy do rowu. Co prawda nikomu nic się nie stało, uszkodzeniu uległ tylko wóz, ale to wystarczyło, by burmistrz gminy wywaliła mnie na bruk, choć policja nie ukarała mnie nawet mandatem. Wniosłem sprawę do sądu, wygrałem, ale do straży już nie wróciłem. Od kilku lat, zamiast  strażaków, wożę autobusem dzieci do szkoły. Ale za mundurem tęsknię, pewnie że tak! Najgorsze, że z okna mojego domu, kilka razy dziennie patrzę na siedzibę OSP. Z traumy, której doznałem, pewnie nigdy się nie wyleczę.

Na spacerze; foto: archiwum domowe

Na spacerze; foto: archiwum domowe

Po stracie pracy był w tak złej formie, że niewiele brakowało, a wpadłby w ciężką depresję.

–  I pewnie bym się jej poddał, gdyby nie konie. Przecież nie mogłem położyć się do łóżka i bezmyślnie patrzeć w sufit. Zwierzęta czekały na owies, siano, wyjście na padok. To dzięki nim, moim zaprzęgom z każdym tygodniem, miesiącem lepiej funkcjonowałem.

Piątka w szpic,foto: archiwum domowe

Piątka w szpic,foto: archiwum domowe

Mierzejewskiego, od kiedy pamięta, pasjonowało powożenie. Co prawda w siodle też się dobrze trzyma, wierzchem wjechał nawet po schodach na scenę domu kultury, gdzie obradowało Stowarzyszenie Przyjaciół Wolborza, ale miejsce na koźle sprawia mu znacznie więcej przyjemności. Przez lata startował w amatorskich zawodach zaprzęgowych m.in. w Bogusławicach, zajmując czołowe lokaty. Brał też udział w rywalizacji konnych sikawek w Cichowie. W jednych zawodach konkurowało ze sobą nawet osiemdziesiąt drużyn.

– Barwne widowisko, koledzy z kilkudziesięciu jednostek odnowili stare wozy strażackie. Ależ to pięknie wyglądało! I w sumie nie chodziło o laury, a wspaniałą zabawę i pokazy dla publiczności.

20150222_154705

Piątka w szydło; foto: archiwum domowe

Nasz rozmówca żałuje, że nie potrafił swoją pasją jeździecką zarazić synów – jeden kocha nurkowanie, drugi wspinaczkę górską. Zaraził za to (nieżyjącego już) poznanego przypadkiem na zawodach Wojciecha Sobkiewicza z Poznania. Ten kupił od niego konie, brał lekcje powożenia i tak się zaprzyjaźnili, że wspólnie zaczęli montować przeróżne zaprzęgi. Tradycyjne single, dwójki, czwórki to standard. Ale zaprzęgali też czwórki i piątki w szpic. A kiedy Mierzejewski dowiedział się od Krzysztofa Szustra, że ten zaprzągł pięć koni w szydło, tak mu pozazdrościł, że też spróbował. Bryczkę i uprząż miał, ale lejce i pasy pociągowe musiał zrobić sam. Kupił sto metrów mocnej taśmy stylonowej, mocne karabińczyki i po dwóch godzinach już mógł zaprzęgać. Dla konia najbardziej oddalonego od kozła, lejce miały długość szesnastu metrów. Dla każdego kolejnego po trzy metry mniej. Najpierw nieśmiało próbował na padoku. Byle do przodu, potem ćwiczył skręty po dużym łuku, by w końcu dojść do ciasnych wolt. W przygotowaniach pomagała rodzina, koledzy-koniarze. Gdy sztukę opanował do perfekcji, chyba jako jedyny nasz powożący, wyruszył piątką w szydło na miasto. Nawet ronda nie były mu straszne. Ależ wzbudził sensację i podziw.

Piątką w szydło po mieście; archiwum domowe

Piątką w szydło po mieście; archiwum domowe

Podziwiają go zresztą nie tylko za szydło, za wszystko, co robi przy koniach. Mało kto jest tak samowystarczalny, jak on. Sam konie hoduje, sam je układa, sam im struga kopyta, sam naprawia sprzęt i sam jeździ. Dziś co prawda rzadziej niż kiedyś, bo i zdrowie nie takie, czasu brakuje, ale niemal w każdą niedzielę można go spotkać powożącego bryczką po mieście.

Piotr Dzięciołowski

 

    Print       Email

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.