Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

WRACAM DO MALOWANIA

Adrianna i Krzysztof Jaroszewiczowie szósty rok szefują Ośrodkowi Jeździeckiemu „Adrianna” w Starym Adamowie pod Łodzią.

 

Adrianna JAROSZEWICZ; foto: FAPA-PRESS

Adrianna JAROSZEWICZ; foto: FAPA-PRESS

Adrianna i Krzysztof Jaroszewiczowie. Ona z wykształcenia artystka malarka, on młynarz. Oboje od dziecka związani z końmi. Szósty rok szefują Ośrodkowi Jeździeckiemu „Adrianna” w Starym Adamowie pod Łodzią. To chyba jedna z nielicznych krajowych stajni, w których konie mają w tygodniu nie jeden, a dwa dni wolne.

            Bo konie – mówi Adrianna Jaroszewicz – nie mogą być zmęczone. Muszą być w dobrej kondycji, w dobrym humorze i dobrze nastawione do człowieka. Ich stan fizyczny przekłada się na to, jak się zachowują, czy chętnie chodzą pod siodłem, nawet jeśli to siodło jest, jak u nas, wyłącznie rekreacyjne.

A chodzą i pod dziećmi, i pod młodzieżą, dorosłymi i bardzo dorosłymi. Niektórzy zaczynają w „Adriannie” po pięćdziesiątce i całkiem nieźle sobie radzą.

– Mamy konie spokojne i dobrze ujeżdżone. Podkreślamy jednak zawsze, że to tylko zwierzęta i nie da się przewidzieć wszystkich zachowań. Bywa, że rodzice pytają, czy aby ich dziecku na pewno nic się nie stanie? Odpowiadam, że zawsze może się coś zdarzyć. To jest sport ekstremalny niezależnie, czy  się skacze, stępuje lasem, czy kręci piruety na czworoboku.

Ale sama właścicielka Ośrodka jeden jedyny raz miała klacz, której mogła być pewna dosłownie w każdej sytuacji. Mało tego, pewni pozostawali także ci, którzy obserwowali tę parę z boku.

– Pod wrażeniem był m.in. trener Igor Strelnik. Powiedział, że nigdy dotąd, a w końcu doświadczenie ma ogromne, nie widział takiej symbiozy, takiego porozumienia miedzy człowiekiem i koniem. Mówił, że kto jak kto, ale Marti – tak klacz miała na imię – na pewno mnie nie zrzuci, nie zrobi nic, przez co mogłabym z niej spaść. I rzeczywiście – nigdy nie czułam najmniejszego zagrożenia. Mało tego, po wypadku, którego doznałam jeszcze na studiach, mam kłopot z nogą. W trakcie przejażdżki muszę ją co pewien czas masować. Proszę sobie wyobrazić, że gdy klacz czuła, że noga mi sztywnieje, natychmiast sama się zatrzymywała. Spacerowała ze mną bez uwiązu, nie odstępowała na krok, tak jakbym pracowała z nią metodami Monty`ego Robertsa czy Pata Parelliego. Tymczasem ja coś tam o nich słyszałam, ale nie miałam pojęcia na czym polegają ich sposoby dogadywania się z końmi. W relacjach z klaczą kierowałam się wyłącznie intuicją, a że ta okazała się zbieżna z tym, o czym mówią ci znani na świecie koniarze, uzmysłowił mi dopiero trener, nauczyciel koni, mój kolega Jerzy Rubersz. Dzięki niemu zaczęłam pogłębiać wiedzę z tego zakresu i dziś już tak z końmi pracuję na co dzień.  

Adrianna Jaroszewicz z Urką van de Lolkje czempionką trzyletnich klaczy fryzyjskich, córką Lolkje van de Leidijk, zdobywczyni tytułu STER.

Adrianna Jaroszewicz z Urką van de Lolkje – czempionką trzyletnich klaczy fryzyjskich, córką Lolkje van de Leidijk, zdobywczyni tytułu STER.

Klacz, z którą właścicielka tak świetnie się dogadywała, była fryzyjką. Jaroszewicz od ośmiu lat hoduje konie tej rasy i śmieje się, że to najmniejsza hodowla w Polsce. Liczy zaledwie trzy matki. Skromna liczba nie przeszkadza jednak w osiąganiu sukcesów.

– Co który źrebak przyjdzie na świat, coś wygrywa. Tytułów czempionów Polski było już kilka; jedna z klaczy zdobyła tytuł „Ster”, co wśród fryzów jest sporym międzynarodowym osiągnięciem.

Dziś fryzy oraz trzynaście innych wierzchowców mieszka w przestronnych boksach Ośrodka „ADRIANNA”. Wcześniej Jaroszewiczowie trzymali wszystkie swoje konie – a mieli ich cztery – w pensjonacie. Spore koszty sprawiły, że zaczęli rozglądać się za czymś własnym. Myśleli o siedlisku, kupili popegeerowską ruinę w Starym Adamowie. Niewątpliwym plusem były przepiękna okolica, do tego usytuowanie przy najdłuższym w Europie Łódzkim Szlaku Konnym im. Majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala” (dwie pętle liczą w sumie1817 kilometrów). Cała reszta wymagała zakasania rękawów i budowania wszystkich obiektów praktycznie od zera: domu, stajni, krytej ujeżdżalni, lonżownika. Ale to już historia. Ośrodek działa i zaprasza. Tereny zachęcają do przejażdżek, także bryczką. W roli powożącego Krzysztof Jaroszewicz. Chętni na nauki jazdy konnej muszą zapisywać się przynajmniej trzy dni wcześniej. To najlepsza wizytówka „Adrianny”. Na miejscu odbywają się też szkolenia z cenionymi koniarzami. W ubiegłym roku wykładali tam m.in. Katarzyna Jasińska, Jerzy Sawka, wspomniany już Jerzy Rubersz.

Ze stajni korzystają też właściciele prywatnych koni, trzymają je w pensjonacie. I mają sporo szczęścia nie tylko z racji oferowanych warunków. Gdyby na przykład potrzebowali dla swojego podopiecznego masażu terapeutycznego, mają go na miejscu. Jak w stajniach Europy Zachodniej. Szefowa Ośrodka zajmuje się tym zawodowo.

_DSC7982

Obraz Adrianny JAROSZEWICZ

– Teraz, kiedy budowa praktycznie jest już zakończona, mam więcej czasu także na taką działalność. Wcześniej brakowało mi go nawet  na moje malarstwo, w końcu skończyłam ASP, a przez ostatnie lata nie wyszedł z mojej pracowni ani jeden obraz z koniem, kwiatem, pejzażem… Zaczynam więc od nowa. Planuję latem wystawę. Chciałabym też – i prowadzę już w tym kierunku rozmowy – zrobić z ”Adrianny” nie tylko ośrodek jeździecki, ale też centrum sztuki jeździeckiej z plenerami, ekspozycjami, dysputami… Na naszych terenach brakuje podobnych placówek. Mam nadzieję, że pomysł uda się zrealizować, bo jestem pewna, że warto. 

My również i trzymamy kciuki za doprowadzenie planów do szczęśliwego końca. (j.popr)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    Print       Email

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.