Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

JULIA OPAWSKA U PATA PARELLEGO

Któż nie chciałby pobyć na rancho Parellich? Poprzyglądać się, jak Pat – jeden z najbardziej znanych na świecie koniarzy – pracuje z quarterami i krowami…

JULIA OPAWSKA; foto FAPA-PRESS

Któż nie chciałby pobyć na rancho Parellich? Poprzyglądać się, jak Pat – jeden z najbardziej znanych na świecie koniarzy – pracuje z quarterami i krowami, a jego żona Linda szkoli swoje niewielkie stadko koni gorącokrwistych. Poprzyglądać się to dla wielu oczywiście pragnienie minimum. Większość marzy, by pod okiem mistrzów nad mistrzami jeździć i zdobywać wiedzę, której w podręcznikach na próżno szukać.

Julia Opawska, jedyna Polsce licencjonowana instruktorka naturalnego jeździectwa Parelli Natural Horsemanship, spędziła u Parellich w Colorado dwa miesiące. Myliłby się jednak ten, kto pomyśli, że wysupłała trochę oszczędności i zadzwoniła do Pata z wiadomością: hej, hej, jutro u was jestem.

Dobrze by było, gdyby tak było – śmieje się Julia. – Są dwie możliwości, ażeby pojechać do Pata. Jedna to zgłosić się na kurs dla amatorów jeździectwa „VOCATIONAL STUDENT” i wziąć udział w szkoleniach prowadzonych przez niego, przez Lindę lub ich protegowanych. Oczywiście zgłaszając się, trzeba coś o sobie napisać, umotywować prośbę, wyjaśnić, po co nam to do szczęścia potrzebne. Ankiety są bardzo szczegółowe. Nie inaczej jest, gdy chcemy, jak ja chciałam, uczestniczyć w programie dla zawodowców „MASTERY PROGRAM”. Po pierwsze trzeba odpowiedzieć na masę pytań zamieszczonych w formularzu, nie tylko w rodzaju: ile godzin spędziłeś/spędziłaś w siodle do tej pory, ale gdzie się widzisz w światku jeździeckim za trzy, za pięć lat, czego chcesz się nauczyć? Do wniosku należy dołączyć video. Jedno ma pokazać jak jeździsz w siodle, drugie  jak pracujesz z ziemi. Ja dodałam jeszcze film, w którym mówią o mnie moi uczniowie i pokazują, czego ich nauczyłam. W czwartym video opowiedziałam, kim jestem z wykształcenia,, czym się zajmuję, przypomniałam, że mam już trzecią instruktorską gwiazdkę Szkoły Parellego, a prośbę o przyjęcie mnie do programu, podsumowałam… przeliterowując moje nazwisko:

O – OBVIOUSLY – oczywiście

P – PERFECT – doskonały/perfekcyjny

A – APPLICANT – kandydat

W – WHO – który

S – SHOULD – powinien

K – KINDLY BE- uprzejmie być

A – ACCEPTED – przyjęty/zaakceptowany

Odpowiedź Pata i Lindy mogła być tylko jedna: z takim nazwiskiem nie możemy cię nie zaakceptować. Pojechała. Pierwsza rzecz, którą musiała zrobić, by Patowi nie podpaść na dzień dobry, to… ubrać się westowo wedle jego wymagań. Ale że sama nie bardzo wiedziała, jak odziany jest kowboj, zwróciła się do amerykańskiego sprzedawcy, by ją ubrał od stóp do głów. Zrobił to bezbłędnie. I tak Julia-kowbojka zaczęła swoje praktyki u Parrelich.

Julia pod okiem Pata pokonuje strumyk; foto AMY DORLAND

W ramach projektu „MASTERY PROGRAM” Pat kształci w czterech dziedzinach: jak być instruktorem, czyli jak szkolić ludzi; jak szkolić konie; jak zarządzać infrastrukturą, jak radzić sobie z rozmaitymi pracami, w tym administracyjnymi. Nauczyłam się prowadzenia ciągnika, budowania płotów. Tam wszyscy na wszystkim muszą się znać, wiedzieć, który koń ma jakie menu, jakie nosi siodło, pod jakim kątem jest w danym okresie szkolony, jak należy go rozgrzewać przed treningiem, jakim ewentualnie jest poddawany zabiegom medycznym, gdzie znajdują się jego dokumenty. Do „ogarnięcia” jest więc naprawdę sporo, na początku człowiek się gubi. Do tego trzeba szybko opanować imiona koni. Pat informuje każdego dnia o 6 rano, na których będzie jeździł. Do ósmej muszą być osiodłane.

Jego konie mieszkają pod gołym niebem w dwóch stadach. W jednym zgrupowane są klacze, w drugim wałachy.

Zwierzęta przychodzą do zagród wyłącznie na karmienie. I wyłącznie stamtąd bierze się je na jazdy i zabiegi. Na ranczu obowiązuje zakaz sprowadzania koni bezpośrednio z pastwisk, by nie uczyć ich zabawy w kotka i myszkę. Jak polubią uciekanie, to sporo wody upłynie, nim je znajdziemy.

W naszych stajniach to nierzadkie, że ganiamy po padoku, by złapać tego jednego pod siodło.

Pat nie pozwala też po pracy puszczać koni do stada samopas. Każdy wierzchowiec odprowadzany jest do swoich towarzyszy w asyście jeźdźca. Taki drobiazg, a jak ważny w relacjach człowiek – koń. Zwierzę wie, gdzie kończy się współdziałanie z jego trenerem, gdzie zaczyna czas wolny. Obszar rancza jest zresztą znakomicie urządzony. Nie ma tam wydzielonych, zamkniętych ujeżdżalni. Są wkomponowane w obiekt. Po ćwiczeniach rozprężających, utrwalających umiejętności, w naturalny sposób przenosimy się w teren. W drodze powrotnej wjeżdżamy w układ bardziej i mniej krętych ścieżek oraz rozmaitych przeszkód. Wszystko to sprawia, że koń ani myśli gnać do stajni na łeb, na szyję, bo doskonale wie, że jego praca pod siodłem kończy się dopiero wtedy, gdy zostanie rozsiodłany, a nie w momencie, gdy zobaczy swoje pastwisko.

Szkolenie koni przez Pata i przez Lindę różni się zasadniczo.

– O tak. Mieszkają razem, ale pracują oddzielnie. U Pata dzień zaczyna się o 6 rano, a kończy nierzadko późnym wieczorem. Sporo czasu poświęca swojemu hobby zwanemu CUTTING, czyli odławianiu krów ze stada. Dla mnie była to zupełna nowość, uczyłam się tej sztuki pracując ze sztuczną, plastykową krową jeżdżącą po szynach. Konie oczywiście znają swój fach i czują się w tej materii jak ryby w wodzie. Byle tylko im nie przeszkadzać. Pat często więc swoim uczniom zawiązuje oczy. Nie wyczujesz konia, spadasz.

Julia na koniu Salty i Linda na Higlandzie; foto MCKENSEY CORTNEY

Stajnia Lindy usytuowana jest jakieś dwadzieścia minut stępem od stajni Pata. Treningi zaczyna dopiero o 9-10 i jeździ do 13. Ma tylko kilka gorącokrwistych koni, zajmuje się ujeżdżeniem, co jest mi znacznie bliższe niż west. Miałam okazję u niej jeździć. Było to dla mnie niezwykłym wyróżnieniem, jako że zazwyczaj uczestników ”MASTERY PROGRAM” dopuszcza się do jej stajni dopiero w trakcie drugiego pobytu. Ja nie dość, że dostąpiłam tego zaszczytu po zaledwie dwóch tygodniach, to jeszcze na dojazd do Lindy, Pat dał mi swojego quartera. Pod koniec pobytu dosiadałam też jego topowego Slidera, którego pożycza najbardziej zaufanym jeźdźcom.

Widać z pobytu zadowolona jest nie tylko Julia, są także Linda i Pat, skoro tak naszą rodaczkę uhonorowali. To niezwykłe wyróżnienie i mało kto na podobne może liczyć, co nie zmienia faktu, że znaleźć się u Parellich na pewno warto. Aplikację na „MASTERY PROGRAM” mogą składać osoby z zaliczonym przynajmniej poziomem „4” – informacja o korespondencyjnym zaliczaniu kolejnych stopni znajduje się na stronie Szkoły Parellego (www.parelli.com). Pobyt może trwać od dwóch tygodni do nawet kilku lat. Julia spędziła tam dwa miesiące. Za jeden tydzień, bez jedzenia i noclegów, płaci się tysiąc dolarów. Z Fundacji Parellego można otrzymać dofinansowanie wynoszące nawet 5o % kosztów.

Odpoczynek. Julia pierwsza z lewej; foto AMY DORLAND

Dostałam takie, ale nie jest to bezzwrotna pożyczka. Trzeba ją odpracować jako wolontariusz. I właśnie w ramach wolontariatu już wkrótce jadę na Ukrainę do Parku Narodowego Hucułów szkolić konie do hipoterapii.

Po powrocie obiecała podzielić się wrażeniami. Jakie czekają ją kolejne zadania, jeszcze nie wie. Wie natomiast, że do Pata i Lindy Parellich wybiera się ponownie. Jako jedna z nielicznych „kursantek”, dostała od nich bezpłatne zaproszenie na kolejny pobyt. Gratulujemy! /pd/

 

 

 

 

 

 

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.