Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

ALBO CZŁOWIEK KONIA ROZUMIE, ALBO SIĘ NA NIM WOZI

Piotr Ozga: emerytowany, wieloletni nadleśniczy Nadleśnictwa Łęczno; obecnie…

PIOTR OZGA; foto: FAPA-PRESS

 Piotr Ozga: emerytowany, wieloletni nadleśniczy Nadleśnictwa Łęczno; obecnie wykłada w Instytucie Nauk Leśnych Uniwersytetu Łódzkiego, wraz z żoną prowadzi Gospodarstwo Agroturystyczne „Przy Lesie”; koniarz z ponad półwiecznym stażem. 

Jego koledzy z uczelni przymierzali się, by po studiach osiąść w Bieszczadach. On też się zastanawiał, ale zrezygnował, gdy na własne oczy zobaczył, jak ciężko i w jak trudnych warunkach pracują tamtejsze konie przy zrywce. Jeśli udawało im się przeżyć pierwsze dwa miesiące, miały szansę wytrwać na posterunku co najwyżej dwa lata. Na dłużej nie starczało sił.

           – Bal ważył tyle, że jeden koń nie dałby rady go uciągnąć. Zaprzęgano więc parę. Gdy szarpnięta przez wałachy kłoda zaczynała staczać się z góry, konie musiały błyskawicznie odskoczyć na boki. Bal zsuwając się, wchodził bowiem między konie, jak dyszel. Gdyby więc nie zdążyły rozpierzchnąć się, zostałyby poturbowane. Mniej zwinne ginęły nawet pierwszego dnia zrywki.

            Piotr Ozga ani myślał więc wyjeżdżać na południowy skraj Polski. Z dyplomem leśnika osiadł w nadleśnictwie Łęczno, nad Zalewem Sulejowskim.

            – To były lata 1978-79. Wreszcie mogłem zrealizować moje marzenie: mieć własne konie. Ale takie do przejażdżek w teren. Inny rodzaj jeździectwa nigdy mnie nie interesował. Najpierw kupiłem więc trakenkę Folgę ze stadniny w Liskach, potem dwie klacze z SK Plękity, wielkopolaka z poznańskiego…

Horda, a za nią Laba; foto: FAPA-PRESS

Teraz ma dwie klacze, jedną młodziutką Labę, drugą Hordę – osiemnastolatkę, którą chowa od źrebaka. Trzy lata temu odeszła córka Hordy, Horsa.

– Ależ ona była fajna. W wieku źrebięcym dopóty, dopóki nie dostała ode mnie buziaka, nie poszła spać do matki. A jak podrosła, to ciągle uciekała z pastwiska. Niedaleko, ale zawsze to kłopot. Szedłem po nią, brałem na uwiąz, wprowadzałem na teren, a ona chwila moment odwracała się i znowu w nogi. W końcu podłączyłem prąd. Ale się zdziwiła, gdy poczuła napięcie. Odskoczyła, jakby wybiła się z trampoliny. Myślałby kto, że to wystarczyło, by dała sobie spokój. Nic podobnego. Poddała się dopiero, gdy zweryfikowała, iż prąd biegnie na całej długości pastucha. Sprawdzała każdy odcinek, od tyczki do tyczki.

Zwiewać lubiła też Horda, jej matka. .

– Uciekała i nie było mowy, by dała się złapać komuś obcemu. Wyłącznie mnie i też nie od razu. Podchodziłem do niej na dwa, trzy metry, a wtedy ona w nogi. Zatrzymywała się, zerkała na mnie prawym okiem – co jak twierdzą behawioryści znaczy przychylnie – i czekała aż znowu się do niej zbliżę. Kiedy miałem ją na wyciagnięcie ręki, powtarzała swój manewr. Wówczas podirytowany odwracałem się na pięcie mówiąc: a to sobie zostań. Wtedy spuszczała smutno łeb i patrzyła pytająco: dlaczego nie chcesz się ze mną bawić? Cudowna z niej kompanka. Za nic bym jej nie sprzedał.

Foto: FAPA-PRESS

O każdym ze swoich koni, leśnik może opowiadać godzinami.

– A pewnie. Jack wielkości hucuła z delikatnym usposobieniem był kompletnym wariatem. Jak go zaprzęgałem do bryczki to ludziska musieli wskakiwać w biegu, bo inaczej się nie dało. A jak już człowiek wsiadł, to ten się zatrzymywał. Zatrzymywała się też tarantka Duma, ale ona zawsze miała racjonalny powód. Wystarczyło, że siedzącemu na niej jeźdźcowi coś spadło, tak jak kiedyś sweter mojej żonie. Klacz nie chciała zrobić kroku. Żona mnie pyta, co się dzieje, a ja mówię: spójrz za siebie. Wtedy zsiadła, zgubę podniosła, pojechały dalej. Z tarantką jeździłem często do lasu „służbowo”, gdy np. miałem sprawdzać stan sadzonek. Chodziłem między drzewkami, a ona się pasła. Gdy orientowała się, że jestem za daleko, przybiegała niczym psiak; tak się pilnowała.

            W okolicznych lasach często można spotkać Piotra Ozgę, gdy galopuje ścieżkami, które zna jak własną kieszeń. Nieraz zabiera się w towarzystwie. Kiedyś ze znajomą napotkali chmarę łań. Było ich ze czterdzieści. Konie wystraszyły się, kobieta spadła, on zeskoczył, a spłoszone wierzchowce pognały przed siebie. Po kilkunastu minutach wróciły.

– Zwierzę to zwierzę, najlepiej wyszkolone może się spłoszyć. A to wróbel wyskoczy z zarośli, a to wataha wilków przetnie drogę, a to pokażą się dziki… Upadek zawsze więc może się wydarzyć, nawet doświadczonemu jeźdźcowi. Dlatego, kiedy udzielam lekcji jazdy, zaczynam od uczenia spadania. Najlepiej robić to zimą na puszystym śniegu, przynajmniej nie boli. Sam spadałem na ogół tylko wtedy, gdy przygotowywałem młode konie pod siodło. Ale że spadać umiem, to się tego nie boję. Inaczej zresztą zachowuje się w sytuacji ekstremalnej ten, który mocno trzyma się w siodle, inaczej ten, który tylko się w nim wozi. Jeśli jadę z kimś w teren, muszę mieć pewność, że sporo potrafi, że wie jak ma się zachować w danym momencie, że umie odbierać sygnały, które koń mu przekazuje.

W drodze na pastwisko; foto: FAPA-PRESS

Piotr Ozga jeździ konno ponad pół wieku. Z końmi miał kontakt od dziecka. Jeszcze w latach sześćdziesiątych stanowiły podstawową siłę roboczą i transportową. Ciągnęły wozy z węglem, plonami, meblami… Także zmęczonych i pijanych furmanów, których odwoziły pod sam dom.

– Bo konie mądre są! I to jak. Pamiętam takiego dziadka Ciupińskiego, co koniem drewno na opał woził. Pracowałem jeszcze wtedy w nadleśnictwie. Tak wychował swojego sokólskiego Maćka, że bez niczyjej pomocy, potrafili załadować całą furmankę. Dziadek sterował głosem i koń dokładnie wiedział, co w którym momencie ma zrobić.  Mówił do Maćka „tru”, ten robił pół kroku i stawał, mówił „nu”,” nu”, Maciek szedł dopóty, dopóki nie usłyszał „tru”. Ale koń miał już swoje lata i padł. Zastanawiali się wszyscy, jak teraz dziadek sobie będzie radził. Ten pojechał na targ, kupił identycznego konia, nazwał go też Maćkiem. Po miesiącu nowy Maciek uwijał się, jakby ładował drewno latami. To najlepszy dowód, jak konie szybko się uczą.

Dowód dowodem. Sama końska mądrość nie wystarczy. Na wysokości zadania musi stanąć też człowiek. Dziadek radził sobie znakomicie, bo wiedział, jak należy z końmi rozmawiać. Piotr Ozga też sobie radzi, bo też wie. Chodzą u niego jak w zegarku, są bezpieczne. Bo rzecz w tym, by nie tylko wiedzieć jak, ale mieć to „coś”, co sprawia, że  porozumienie jest możliwe. W każdej sytuacji. (pd)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    Print       Email

Jedna odpowiedź do “ALBO CZŁOWIEK KONIA ROZUMIE, ALBO SIĘ NA NIM WOZI”

  1. Piotr Jaworski napisał(a):

    Wspaniały człowiek. Kontakt z Panem Piotrem podczas wakacji spędzanych na terenie Nadleśnictwa Łęczno w latach 80-tych ubiegłego wieku pozostawił niezapomniany ślad w psychice moich dzieci i pozostał w naszej wdzięcznej pamięci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.