Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

SŁAWOMIR NAFALSKI: – SŁUCHAM KONI

Alicja i Sławomir NAFALSCY. Ona jest byłą nauczycielką; On byłym leśnikiem. Mieszkają w Pajtuńskim Młynie opodal Olsztyna. Prowadzą…

 

ALICJA i SŁAWOMIR NAFALSCY; foto FAPA-PRESS

Alicja i Sławomir NAFALSCY. Ona jest byłą nauczycielką; On byłym leśnikiem. Mieszkają w Pajtuńskim Młynie opodal Olsztyna. Prowadzą Ośrodek Turystyki Konnej. To tam, na werandzie sześćsetletniego młyna kręcono zdjęcia do serialu Miłość nad rozlewiskiem. Na tej samej werandzie bawili się w roku 2014 sami Nafalscy i ich weselni goście.

foto FAPA-PRESS

            To już gmina Purda. Jeszcze tylko kilkaset metrów drogą gruntową i skręt w prawo na drewniany most na rzece Kośnej. Na poboczu żółty znak ostrzegawczy, a na nim koń wpisany w podkowę. Pod znakiem tabliczka: „Pajtuński Młyn. Miejsce pełne cudów”. I cudnie jest już na dzień dobry. Stary dwustuletni dom, tzw. młynarzówka, młyn odbudowany w drugiej połowie XVII wieku po potopie szwedzkim, szum rzeki napędzającej turbiny lokalnej elektrowni, jeźdźcy wracający z terenu, rżenie koni… Do tego znakomita pogoda.

foto FAPA-PRESS

Gospodyni na razie zajęta, są wakacje: sędziuje dzieciom mecz w „siatkówkę”, w którym piłkę zastępuje balon napełniony lodowatą wodą. Nie złapiesz, po tobie. Gospodarz też zabiegany, kosi łąkę. Na rozmowę przychodzi czas dopiero późnym wieczorem. Siedzimy przy stareńkim, okrągłym stoliku ze szklanym blatem. Na razie jest tylko pani Ala.

Skąd się tu wzięłam – powtarza pytanie. – Przyjechałam w czerwcu 2011 roku na urlop. Na adres natknęłam się w internecie. Kawał drogi z Wielkopolski, gdzie mieszkałam, ale nie żałowałam..

Miejsce na wakacje ze stajnią wybrała nieprzypadkowo. Sporo jeździła w SK Racot. Do Pajtuńskiego Młyna przyjechała z przekonaniem, że nieźle sobie w siodle radzi – pan instruktor Sławek miał jednak na ten temat zdanie odmienne. Szczęśliwie jego pogląd nie zaważył na ich wzajemnych stosunkach. Te coraz bardziej się zacieśniały, aż w końcu para ogłosiła datę ślubu. W Pajtuńskim Młynie mieszkają we czwórkę z synami: jej Mikołajem i jego Maćkiem.

Młyn; foto FAPA-PRESS

– Dopiero pod okiem Sławka zrozumiałam, co to jest prawdziwe jeździectwo. Nie tylko wożenie się po czworoboku, ale teren, teren, teren! Tu też zobaczyłam stajnię od podwórka, układanie młodych koni, źrebaki, które rodzą się na naszych oczach… Inny świat, inne życie. Ale że jedna osoba nie udźwignie tylu obowiązków, podzieliliśmy się robotą. Ja prowadzę pensjonat, obozy, przyjmuję rezerwacje, dbam o menu; Sławek z Maćkiem zajmują się 25 końmi i trzydziestodwuhektarowym gospodarstwem.

Gospodarstwo Sławomir Nafalski kupił 14 lat temu. Długo zresztą szukał miejsca, które zaspokoiłoby jego potrzeby. Chciał dużo ziemi, dużą stajnię, spory dom z przeznaczeniem na mieszkanie i agroturystykę. Stan techniczny zabudowań nie był istotny. Wiedział, że da radę odbudować i wyremontować, byle tylko było co. I wyzwaniu podołał. Przywrócił dawny blask kompletnej ruinie.

O wilku mowa, właśnie zwiózł ostatnie tego dnia bele siana. Wreszcie ma chwilę, by siąść z nami przy kawie.

            – Z końmi było mi zawsze po drodze, choć nie miałem okazji jeździć, tyle co jako mały chłopak u dziadka na oklep. Ale co to za jeżdżenie? Dziadek sadzał mnie na grzbiecie i tyle. Dopiero w wieku 25-26 lat – byłem już leśnikiem – kupiłem na jarmarku konia do wozu i – choć nie miałem pojęcia, jak to się robi – zacząłem na nim jeździć.

foto FAPA-PRESS

            Bez niczyjej pomocy, bez instruktażu, bez jakiejkolwiek wiedzy na temat dosiadu. Nigdy nie brał lekcji, jedynie dwie godziny jazdy kwalifikacyjnej i konsultacji w ośrodku Wandy i Krzysztofa Ferensteinów w Gałkowie przed egzaminem na instruktora jazdy konnej. Zdał za pierwszym razem.

– Może dzięki temu, że nie miałem nauczycieli, mam otwartą głowę i staram się słuchać bardziej koni niż ludzi.

            Nim został instruktorem w 1995 roku, wiele w jego jeździeckim życiu już się wydarzyło. Pięć lat wcześniej kupił pierwszego szlachetnego konia, klacz z SK Liski.

– Miała na imię Emocja, klacz profesor. Już jej nie ma, ale każdego dnia za nią tęsknię. Była jedna, jedyna, niepowtarzalna. Ile mnie nauczyła, ile innych, jak dogadywaliśmy się bez słów, jak wiele przeżyliśmy  – tego nie da się wymazać z pamięci. Mamy jej dziewiętnastoletnią córkę Euforię, też znakomitą, ale do matki jej daleko. 

            Na dobrą sprawę od Emocji zaczęło się „końskie” zawodowe życie Nafalskiego. Uruchomił pod Szczytnem gospodarstwo agroturystyczne ze szkółką jeździecką. Szybko zorientował się, że dwóch srok za ogon nie da rady złapać i rozstał się z mundurem leśnika. Przez dwa lata pracował też z końmi Wojciecha Szymborskiego, startował na nich w rajdach długodystansowych. Zdobył nawet II miejsce w mistrzostwach Polski.

Młynarzówka; foto FAPA-PRESS

– I tak się to jakoś kręciło, ale pod koniec lat dziewięćdziesiątych zdałem sobie sprawę, że zajmując się rekreacyjnym jeździectwem, przestaję się rozwijać. Dostawałem wysypki, kiedy słyszałem rodziców powtarzających swoim dzieciom, że jazda konna jest fajna. Te tymczasem miały jeździectwo w nosie, odbębniały godzinną lekcję, żeby tylko mieć spokój. Nie wiem, jak potoczyłyby się moje losy, gdyby nie zaproszenie od kolegi do pracy przy koniach w Irlandii. Trafiłem do dużego gospodarstwa w zachodniej części kraju. Tam zobaczyłem, że z końmi można dogadywać się językiem mowy ciała, nie trzeba używać siły, by nauczyć je służyć człowiekowi. Zupełnie inaczej niż to, co widziałem w Polsce. U nas spotykałem się z taką bylejakością, tam z otwartością i konsekwencją. W Irlandii nie tylko nauczyłem się patrzeć na konie, rozumieć, co do mnie mówią i zachowywać się tak, by one mnie rozumiały, ale przede wszystkim zorientowałem się, że potrafią więcej niż nam się wydaje. Rzecz tylko w tym, by im nie przeszkadzać, by nasze relacje z nimi nie polegały wyłącznie na zakazach i nakazach.

foto FAPA-PRESS

            Po powrocie z Irlandii Sławomir Nafalski zaczął sporo jeździć w teren. Obycie koni z przeróznymi warunkami właśnie za sprawą częstych kilkugodzinnych wypadów, także rajdów przydało się, kiedy usłyszał w 2015 roku o Wszechstronnym Konkursie Konia Turystycznego – TREC PTTK. Od razu pomyślał, że to konkurencja bliska jego filozofii i niemal z miejsca zaczął systematyzować pracę z końmi pod kątem tej dyscypliny, ale też rozmaitych zabaw. Na wierzchowcach z Pajtuńskiego Młyna gra się na przykład w koniokoszykówkę.

Wspomnienie lata; foto FAPA-PRESS

– Nasze konie dają sobie radę w trudnych warunkach, stąd m.in. ich sukcesy w TREC-u. Euforia jest trzykrotną mistrzynią Warmii i Mazur oraz drugą wicemistrzynią Polski. Lotos ma tytuł Mistrza Polski.

Sukcesy odnoszą też zawodnicy. Maciej Nafalski właśnie na Euforii zdobył I miejsce w rankingu ogólnopolskim zawodników TREC w 2017 roku  i III miejsce na mistrzostwach Polski seniorów w tym samym roku. W bieżącym – 2018 – też zajął III miejsce. Doskonale spisują się też zawodnicy 40 plus. Już dwa razy startowali w zorganizowanych specjalnie dla nich zawodach w Pajtuńskim Młynie. Tegoroczne były poprzedzone tygodniowym szkoleniem z mapą i kompasem, co dla wielu stanowiło nowość, a przecież bez umiejętności posługiwania się tymi pomocami, trudno o dobre lokaty w próbie terenowej.

Powrót z terenu; foto FAPA-PRESS

– Ale żeby nie było, że my tylko TREC i TREC – dodaje Alicja Nafalska.  –  Corocznie przygotowujemy z udziałem jeźdźców Święto Niepodległości. Są też u nas dwa Hubertusy: dla dorosłych i młodzieży. Młodzieżowy kończy się kiszeniem kapusty. Sami depczemy ją w beczkach. U progu wiosny, na topienie marzanny przyjeżdżają z całej Polski nasze „Pajtuńskie Baby”, kobiety, które tworzą silną grupę przyjaciółek i spotykają się u nas trzy razy w roku. Mamy też „Festiwal nalewek”, imprezę może mało konną, bo polegająca na degustacji znakomitych trunków własnej roboty – o dziwo nikt się nie upija, ale o tyle z końmi związaną, że nazajutrz po ogłoszeniu wyników, cała wiara jedzie wierzchem do lasu.

Lekcja; foto FAPA-PRESS

            Gospodarze mogą opowiadać godzinami, co się u nich dzieje, gdzie byli, gdzie spędzą urlop – oboje są żeglarzami. Robi się jednak późno. Pani Ala wstaje, jak zawsze o piątej rano i zaczyna dzień od spaceru z psami. Pan Sławek śpi trochę dłużej, ale też musi zerwać się świtem, bo jeszcze przed śniadaniem czeka go przejażdżka w teren z kolejną grupą koniarzy.  Najwyższy więc czas na sen. Dobranoc.

Piotr Dzięciołowski

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.