Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

JULIA OPAWSKA PO POWROCIE Z UKRAINY: BYLE DO WIOSNY

 

JULIA OPAWSKA; foto FAPA-PRESS

Jakiś czas temu pisaliśmy*, że Julia Opawska, jedyna w Polsce licencjonowana instruktorka naturalnego jeździectwa Parelli Natural Horsemanship, spędziła dwa miesiące u Parellich w Colorado. Na kosztowny pobyt Fundacja Parellego pożyczyła naszej rodaczce sporą kwotę. Pieniędzy nie musi jednak oddawać, musi je odpracować jako wolontariusz, gdzieś w Europie, gdzie akurat przydadzą się jej parellowskie umiejętności.

Ćwiczenia hipoterapeutyczne; foto archiwum JO

Właśnie w ramach wolontariatu była na Ukrainie, gdzie m.in. układała konie dla powstającego tam ośrodka hipoterapii. Ośrodek zlokalizowany jest w Banczenach przy sierocińcu, nad którym pieczę sprawuje Longin Mychajło Wasylowycz Żar, przełożony monasteru, arcybiskup Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego. W przyklasztornej placówce mieszka 400 wychowanków, w tym 125 niepełnosprawnych, których arcybiskup ściągnął z terenu całej Ukrainy. Za swoją prospołeczną działalność, opiekę nad sierotami i dziećmi pozbawionymi opieki rodzicielskiej otrzymał tytułu Bohatera Ukrainy.

Niesamowita postać. Część dzieci usynowił, zapewnia im start w dorosłe życie, łoży na ich wykształcenie. Tym, którzy z racji stanu zdrowia nigdy nie będą mogli wyrwać się w świat, zapewnia dożywotnie utrzymanie. Stąd wśród mieszkańców osoby dorosłe. Konikiem biskupa są konie. Raz zaprzęga je do trojki, innym razem rusza wierzchem na kilkugodzinne przejażdżki po okolicy, w trakcie których, zwłaszcza gdy ma jakieś zmartwienia, modli się z siodła prosząc Boga o przychylność.

Na terenie przylegającym do monasteru arcybiskup trzyma ponad dwadzieścia kucyków i kilkanaście dużych koni. To w znacznej mierze jego pomysł, by stworzyć tam ośrodek hipoterapii. O tych zamiarach dowiedziała się Ukrainka, Oksana, którą los rzucił do Polski. Nad Wisłą zakochała się w koniach, po powrocie na Ukrainę zrobiła kurs hipoterapii i odwiedziła arcybiskupa z propozycją nie do odrzucenia: ma znajomych Polaków, którzy pomogą w Banczenach założyć ośrodek hipoterapeutyczny. I tak zawitała tam silna grupa w składzie: Julia Opawska i jej uczennice Barbara Lipska – hipoterapeutka i tłumaczka, Izabela Floryszek-Więch – psychoonkolog i pedagog oraz Janusz Jurkiewicz – trener Jeździectwa I Klasy Sportowej. Zadaniem Julii było między innym nauczenie osób, które mają zajmować się hipoterapią, parellowskich zasad zabawy w „siedem gier”. Prowadzone z ziemi dają szansę bycia z końmi tym niepełnosprawnym, którzy nie mają najmniejszych szans jazdy wierzchem. Dzięki grom pacjenci poznają lepiej siebie, uczą się kontrolować emocje, panować nad zachowaniami agresywnymi…

Izabela Floryszek-Więch i Vulkan; foto archiwum JO

Wszystko pięknie, tyle, że jak przyjechaliśmy, okazało się że z siedmiu osób, które przyjdzie nam szkolić, zaledwie dwie miały w ogóle jakiś kontakt z końmi. Jedna stwierdziła, że tak się koni boi, iż co najwyżej może im zaplatać warkoczyki. Dyrektorem Centrum Hipoterapii został Wowka, który miał jedno hipiczne doświadczenie i to z dzieciństwa. Poniósł go kucyk, ale do tej pory nie jest pewien, czy się na nim utrzymał, czy tylko mu się tak wydaje. Nowym stanowiskiem przejął się jednak bardzo i uznał, że w takim razie musi zaprzyjaźnić się z końmi. Poszedł do stajni, otworzył boks przepięknej siwej klaczy, a ta na dzień dobry odwróciła się tyłem i zaczęła strzelać kopytami. Na szczęście nie trafiła. Wowka wkurzył się, wsiadł w samochód i pojechał do domu z przekonaniem, że już nigdy tam nie wróci. Wrócił rano z kilkoma kilogramami marchewek. Dwie godziny karmił, choć lepiej powiedzieć, przekupywał siwą, po czym otworzył boks. Klacz zaatakowała bez pardonu. Wtedy o pomoc poprosił Wanię, kolegę z bogatszym doświadczeniem. Ten ledwie wszedł do boksu, a koń przycisnął go do ściany, by już po chwili kopać na wszystkie strony. Panowie zwiewali, gdzie pieprz rośnie. Zdecydowali jednak, że wyprowadzą ze stajni innego siwka. Udało się. Wowka zaraz wsiadł, koń się wspiął i Wowka zleciał. Tyle było jazdy. A ja w tym siwku  zakochałam się. Wałach, a zachowywał się jak ogier. Kiedy wyprowadziłam go na jazdę – naszym zadaniem było sprawdzenie wszystkich koni, czy nadają się pod siodło i do hipoterapii – kwadrans stał na tylnych nogach, kopał, by wreszcie skapitulować. To było drugiego albo trzeciego dnia. Pierwszego, zaraz po przyjeździe, weszłam do tej kopiącej klaczy, która pogoniła i Wanię, i Wowkę.

Pierwsze sesja Julii z agresywną Vip. Zza płotu przemianę konia obserwuję Wowka; foto archiwum JO

Po dwudziestu minutach włożyłam jej ogłowie i wyprowadziłam. Była spokojna. Wowka, jak to zobaczył, zapałał do niej miłością niezwykłą. Z przejęciem słuchał moich wskazówek, jak ma z nią postępować, by się dogadali dla dobra obojga. Trzeciego dnia klacz sama do niego podeszła, a nam wszystkim zakręciła się łza w oczach. W krótkim czasie, w kilkadziesiąt godzin, osiągnęli połączenie wprost idealne. Kiedy spacerowali – on jak zawsze elegancki, ona dystyngowana, delikatna – sprawiali wrażenie, jakby przechadzał się hrabia z hrabiną. I takie przezwiska im przypisaliśmy. Ale to nie wszystko. Ten do niedawna agresywny, niebezpieczny koń pozwolił wykonywać na sobie ćwiczenia hipoterapeutyczne, w których najpierw brali udział tylko dorośli. Jeden grał pacjenta, drugi hipoterapeutę. Ostatniego dnia, chodził już pod dziećmi. Wśród nich był taki mały chłopiec z chorobą sierocą. Zawsze smutny. Ale kiedy znalazł się na grzbiecie, buzię miał uśmiechniętą od ucha do ucha, jak nigdy. To też wzruszający moment i potwierdzenie, iż hipoterapia czyni cuda.

Uśmiech chłopca z chorobą sierocą; foto archiwum JO

Któregoś razu jednego z koni dosiadł kierowca arcybiskupa. Wsiadł, szarpał wodzami jak lejcami i z całej siły kopał zwierzę, by zakłusowało.

Jak Basia zobaczyła te metody, wydarła się na niego na całe gardło. Słychać ją było pewnie w promieniu kilku kilometrów, choć osoba to nieduża i cicha. Kierowca zsiadł i obrażonym głosem powiedział, że jak ona taka mądra, to nich sama wsiądzie, a on jej da za to 5o euro. Basia nie wsiadła, bo dyskusji w gniewie nie podejmuje. Za to nazajutrz, kiedy emocje opadły, spróbowałam ja i to w obecności wielu świadków. Koń zakłusował bez szarpania i kopania, spisywał się idealnie. Żałowaliśmy, że „ten od euro” tego nie widzi, ale niedługo później dowiedział się. Wieczorem, w trakcie kolacji położył przed Basią 50 euro. Dla Ukraińców to bardzo duża kwota. Pieniądze przekazaliśmy dyrektorce Domu Dziecka, Tatianie Wasiliewnej – przydadzą się dzieciom podczas wycieczki do Kijowa. Ale to nie koniec tej opowieści. Nazajutrz ów mnich pełniący na co dzień  funkcje kierowcy przyznał, że uczono go tak ostro traktować konie, ale teraz, kiedy zobaczył, jak my jeździmy, chce nauczyć się naszych metod.

Ania, dziewczyna, która miała tylko zaplatać warkoczyki pewnie prowadzi konia podczas zajęć hipoterapii; foto archiwum JO

Wyznanie cenne, nawet bardzo, ale nim nasza ekipa będzie podsumowywać, co osiągnęła, ile dobrego zrobiła, do sprawdzenia pozostał jej jeszcze jeden wierzchowiec. Niestety z wydelegowanej do pracy z końmi siódemki nikt nic o nim nie wiedział. Wiadomym tylko było, że arcybiskup sprowadził go z Niemiec. Przepiękny gniadosz, w kłębie około 180 centymetrów, poruszający się z wielką gracją.

Pan Janusz go lonżował, stwierdził, że chodzi świetnie, wtedy wsiadł na niego zaprawiony w upadkach Wania, ale o dziwo nie spadł. W końcu przyszła kolej na mnie. Nie byłam propozycją zachwycona: zwierzę wielkie, nic o nim nie wiem, dosiadłam je więc z duszą na ramieniu. Koń ledwie poczuł kontakt na wodzach, zaprotestował i zadarł głowę, co w przypadku tak wysokiego osobnika jest szczególnie niebezpieczne. Odpuściłam więc, zrobiłam tzw. ugięcie w prawo, w lewo i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, podstawił zad, ustawił głowę, zdążyłam tylko pomyśleć o zakłusowaniu i zakłusował nim przyłożyłam łydkę. To samo z zagalopowaniem. Fantastyczny koń, rewelacyjnie ujeżdżony. Poezja. Okazało się, że startował w zawodach wysokiej rangi.

Julia ćwiczy z koniem parellowską „Grę w jeża na nos”; foto archiwum JO

Polska ekipa wybrała Ukraińcom sześć koni do zajęć hipoterapeutycznych i pod siodło. Każdy członek zespołu pracował i ma na stałe pracować z jednym z nich.

Byliśmy tam zaledwie tydzień, pracowaliśmy z końmi i ludźmi pięć i pół dnia z przerwami tylko na sen i posiłki. Wysiłek ogromny obu stron, jakże jednak opłacalny. Cała siódemka, która poddała się naszemu szkoleniu, czyniła nieprawdopodobne postępy. Nie chodzi oczywiście o umiejętności jeździeckie, ale o obchodzenie się z końmi i prowadzenie ich w trakcie zajęć z dziećmi. Gdybym nie widziała tego, co zobaczyłam, nie dałabym wiary, że to możliwe. Dziewczyna, która chciała tylko zaplatać warkoczyki, jakby kto na nią spojrzał po tym kilkudniowym szkoleniu, uznałby, że z końmi „zadaje się” dobrych kilka lat.

Ludzie zdobyli wiedzę, koniom też się poprawiło. Są regularnie wyprowadzane, odpowiednio karmione i rozmawia się z nimi bezsiłowo. Arcybiskup i jego współpracownicy zamierzają w Banczenach stworzyć największe Centrum Hipoterapii na Ukrainie. Tak ogromny mają zapał, iż wszystko wskazuje na to, że plan się powiedzie. W Polsce, w Anka Rancho, odbędzie się dla tamtejszych hipoterapeutów szkolenie. Nasza ekipa wybiera się na Ukrainę ponownie wiosną.

Miejsce przepiękne i magiczne, emanujące niezwykle pozytywną energią. Dla kogoś z zewnątrz rzeczywistość wprost bajeczna. Przeżyłam tam niezwykłą przygodę. Przygodę życia, choć kiedy wyruszałam na Ukrainę, nie spodziewałam się takich wrażeń. Znalazłam potwierdzenie, jak wiele można zrobić, jeśli się tylko chce, trafia na odpowiednich ludzi, chłonnych wiedzy i nie uważających, że wiedzą lepiej nie wiedząc nic. Jesteśmy z nimi w stałym kontakcie, doradzamy telefonicznie i e-mailowo. Pewnie, że to nie to samo, co bezpośredni kontakt. Byle więc do wiosny.

Piotr Dzięciołowski

*Pisaliśmy o tym w tekście „Julia Opawska u Pata Parellego” (http://hejnakon.pl/?p=27018).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.