Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  Bez kategorii  >  Bieżący Artykuł

Historia pewnej pasji

Kasiu, co chciałabyś dostać od św. Mikołaja? – zapytał Tata pięcioletnią córeczkę. – Szarika i Karino! – odpowiedziała dziewczynka bez chwili zastanowienia.
Takie pytania i odpowiedzi powtarzały się mniej więcej co roku, aż do moich 11 urodzin, kiedy to Rodzice wreszcie(!)mnie zapisali na kurs jazdy konnej w warszawskim Ośrodku Rekreacji Konnej „Wiarus”, prowadzonym przez ś.p. Włodzimierza Gronowskiego.
Skąd zamiłowanie do koni i jeździectwa? Nie wiem. Było we mnie zawsze. Może kierował mną dobry duch mojego Pradziadka, wielkiego miłośnika koni? Odkąd pamiętam, zwierzęta te przyciągały mnie swoim pięknem, majestatem, siłą i jednoczesną delikatnością. Nigdy nie czułam wobec nich lęku, nie wyobrażałam sobie, że mądre i dostojne potrafiłyby celowo skrzywdzić człowieka. „Konie nie są z natury agresywne, przecież nie są drapieżnikami. To człowiek swoim złym postępowaniem sprawia, że się przed nim bronią, jeśli nie mają możliwości ucieczki.” Te słowa często powtarzał wspomniany Włodzimierz Gronowski, mój pierwszy nauczyciel. W prowadzonym przez niego O.R.K. „Wiarus” przekonałam się, że jeździectwo to nie tylko sport, ale też pokazy konne. Wierzchowce Włodka występowały w niezliczonej liczbie takich kaskaderskich przedstawień; ponadto, m.in. na jego koniach, przygotowywano aktorów do ról w wielkich polskich filmach, takich jak: Ogniem i Mieczem, Szwadron, Quo vadis.
W ciągu paru lat spędzonych na nauce i obserwacji koni oraz jeźdźców poznawałam  elementy dżygitówki i tresury. Jednocześnie występowałam na deskach Teatru Wielkiego w przedstawieniach: Nabucco, Carmen, Skrzypek na dachu, Traviata i innych. Opera rzecz ważna, ale przede wszystkim zależało mi, ażeby dostać się do Grupy Kaskaderów Konnych Andrzeja Sitka, którego uważam za najlepszego fachowca w tej dziedzinie. Jest to zawodowiec w każdym calu, który zarówno od grupy, jak i od siebie wymaga precyzji, pełnej gotowości i wyszkolenia na najwyższym poziomie. Po dwóch latach czekania udało mi się wejść do jego zespołu. To był dla mnie ważny moment. Mogłam zacząć spełniać swoje marzenia. Od Andrzeja nauczyłam się bardzo dużo (od pracy z końmi z ziemi i tresury, przez precyzyjne powodowanie koniem, po fechtunek); wiele mu zawdzięczam. Jeździliśmy z pokazami po całej Polsce, ale te były tylko drobnym dodatkiem umilającym codzienną, jakże ciężką i monotonną pracę. Pracę, która uczy pokory, bo pokory uczą konie.
Ażeby pokaz był udany, a więc efektowny i przede wszystkim bezpieczny dla koni, jeźdźców i publiczności, musi być poprzedzony godzinami codziennych prób i treningów. Para koń-jeździec ma być zgrana: konieczne jest zrozumienie, wyczucie, sprawność fizyczna obojga, a przede wszystkim wzajemne zaufanie. Nie każdy człowiek nadaje się do tego, i to nawet nie tylko od strony fizycznej, ale psychicznej. Podobnie, jak nie każdy koń może być koniem-kaskaderem, bo nie każdy ma takie predyspozycje.
Z pozoru wydaje się, że kaskader to szaleniec, człowiek nieobliczalny. Nic bardziej mylnego! To zajęcie dla ludzi rozsądnych, opanowanych, odpornych psychicznie, z dużą wyobraźnią, o wysokiej umiejętności pracy z końmi i dużych umiejętnościach ujeżdżeniowych. Podczas pokazu np. turnieju rycerskiego, gdy w jednej ręce trzyma się kopię, a w drugiej tarczę z wodzami, jedynym skutecznym sposobem sterowania jest dosiad. Bez ujeżdżenia więc, ani rusz! Niektórzy twierdzą, że nie jest to zajęcie dla kobiet – nigdy nie potrafiłam zrozumieć dlaczego. Nie usłyszałam, choćby jednego sensownego argumentu przeciw. Pracując z Andrzejem Sitkiem dostałam ostrą szkołę przetrwania i… żyję! Brałam udział w turniejach rycerskich, jeździłam w szyku w zbroi husarskiej, wykonywałam elementy dżygitówki i tresury koni. Pojedynki na szable, zarówno konne, jak i piesze, nie były niczym nadzwyczajnym. Jedyna rzecz, jakiej Andrzej mi zabraniał, to upadki z konia. W pozostałych elementach nie miałam taryfy ulgowej. No dobrze, moja kopia do turnieju rycerskiego była trochę lżejsza od tych, z którymi jeździli koledzy. Bardzo rzadko zdarzało się, że występowałam jako kobieta, częściej grałam role męskie, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Najważniejsze było, że mogę pracować z końmi, a przy okazji brać udział w pokazach. Niestety, jak to w życiu bywa: co dobre, kończy się zbyt szybko. Kontuzja sprawiła, że musiałam zrezygnować z dalszych treningów, a co za tym idzie, również z pokazów, chociaż z samego jeździectwa nie zrezygnuję nigdy. Wolne chwile wciąż spędzam w siodle.
Każdy, kto chciałby brać udział w pokazach konnych musi nastawić się na ciężką pracę i nie ma co liczyć, że od razu będzie występował (chyba że trafi do grupy amatorów). A jeśli w którymś momencie dostąpi tego zaszczytu w grupie zawodowej, musi mieć świadomość, że nie ma tam miejsca na tzw. gwiazdorzenie. Zawodowiec wie, że zawsze jest coś do poprawienia, coś, co można zrobić lepiej. Pokaz więc jest tylko możliwością sprawdzenia stopnia wyszkolenia siebie i konia. Nie jest celem samym w sobie, a szczeblem w dążeniu do perfekcji.
Katarzyna Kluba
Zdjęcia: FAPA-PRESS/Piotr Dzięciołowski i archiwum

    Print       Email

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.