Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

ODSZEDŁ WŁADYSŁAW BYSZEWSKI (1922-2019)

W wieku 97 lat zmarł Władysław Byszewski, legenda polskiego jeździectwa. Możemy o nim przeczytać m.in. w książce ”Mistrzowie Polski” wydanej przez Akademię Jeździecką w roku 2010.

Władysław Byszewski; foto FAPA-PRESS

W wieku 97 lat zmarł Władysław Byszewski, legenda polskiego jeździectwa. Możemy o nim przeczytać m.in. w książce ”Mistrzowie Polski” wydanej przez Akademię Jeździecką w roku 2010.

 

PIĘĆ CENTYMETRÓW OD MEDALU

W jednym stali boksie: Besson i szetlandka. Rosły emeryt, mała kucka. Żywot wiedli długi i szczęśliwy. Robiły, co chciały i kiedy chciały. A że wrota do stajni miały wciąż otwarte, zdarzało się, że i przy blasku księżyca, bez względu na porę roku, spacerowały po okolicznym parku.

Tamtej nocy mróz dokuczał wyjątkowy. Stajennego zbudziło jednak nie zimno, a donośnie stukanie. Zaniepokojony wyjrzał przez okno: to Besson walił kopytem w drzwi. Zdziwiony wyszedł do niego, ale nawet nie zdążył dobrze mu się przyjrzeć, bo ten zrobił w tył zwrot i odszedł. Stajenny skierował się więc w stronę domu, wtedy Besson ponownie zaczął się zbliżać, ale kiedy zobaczył, że stajenny zmierza w jego kierunku, znów zniknął w ciemnościach. I tak sobie kilkakrotnie odchodzili – wracali. Stajenny poczuł się kompletnie bezradny, podejrzewając jednak, że coś się za tym wszystkim kryje, zbudził Władysława Byszewskiego, ówczesnego kierownika stadniny w Mosznej. Ten znał Bessona, jak nikt, startował na nim czternaście lat(!), trzy razy zdobyli Mistrzostwo Polski, zjechali wspólnie całą Europę…

– Zrozumiałem, że Besson chce mi coś pokazać. Poszedłem więc za nim, a on doprowadził mnie do krzaków, pod którymi spała zwinięta w kłębek szetlandka. W głębokim śniegu było jej nadzwyczaj wygodnie i oczywiście ciepło. Futro miała zresztą tak grube, że przetrzymałaby nawet syberyjskie klimaty. Besson tymczasem, owszem był porośnięty zimową sierścią, ale znacznie krótszą. Przy siarczystym chłodzie marzł i prawdopodobnie wyobrażał sobie, że skoro jemu jest zimno, to wszystkim. Błagał więc o ratunek dla swojej ukochanej. Niebywałe, rzadko kiedy konie wykazują taką inteligencję. Coś o tym wiem, w końcu jeździłem na wielu bardzo różnych, ale tylko ten jeden jedyny potrafił myśleć po… ludzku. Bo taki na przykład Urok III, mój pierwszy duży koń, którego dosiadałem nie wykazywał żadnych instynktów altruistycznych. Brykał za to i strzelał z zadu przy każdej sposobności – najczęściej, gdy siedziałem na jego grzbiecie. Jak łatwo się domyślić, szybko przestawałem siedzieć. Dzięki niemu jednak nauczyłem się spadać, co dla początkującego jeźdźca nie jest bez znaczenia. Urok także stawiał dopiero pierwsze kroki z siodłem, był kompletnie zielonym trzylatkiem, jak ja – kilkunastolatkiem. Ujeżdżaliśmy się więc wzajemnie, zaczęliśmy nawet skakać. Myślę, że gdybym wiedział i umiał wtedy więcej, poszłoby nam znacznie sprawniej.

 Co wcale nie znaczy, że Władysław Byszewski wiedział mało. Kontakt z końmi od urodzenia oraz doświadczenie w postaci codziennych przejażdżek od siódmego roku życia –zrobiły swoje. Nie każdy ma takie szczęście przyjść na świat w rodzinie najprawdziwszych koniarzy. Jeździli oboje rodzice. Mama Zofia, ojciec Ludwik. Tata był nawet zawodnikiem, startował w wyścigach z przeszkodami. Przede wszystkim jednak hodował półkrewki dla wojska. Mały Władek, gdzie tylko więc spojrzał, widział konie. Nie pamięta jednak momentu, w którym znalazł się na wierzchowym grzbiecie po raz pierwszy. Z zachowanej fotografii wnioskuje, że miał najwyżej dwa lata. Kiedy przybyło mu cztery więcej, po raz pierwszy spadł i to z własnego kucyka. Upadek odczuł na tyle boleśnie, że na jakiś czas zrezygnował z jeździectwa. Ojciec nie naciskał, a własny konik Bei pasł się na łące nie narzekając zapewne na brak roboty. Fobia przeszła sama i to już po roku. Początkowo chłopiec jeździł na oklep, później dostał gapkę (rodzaj płóciennego siodła przypominającego miękki czaprak). Ojciec, by jednak ułatwić synowi anglezowanie, skonstruował dla niego specjalne, bezpieczne strzemiona.

– Nie byłoby w nich nic szczególnego, gdyby nie to, że połączone taśmą przerzucałem luzem nad siedziskiem i w żaden sposób nie mocowałem. Kiedy więc podczas jazdy przechyliłem się za bardzo w prawo, lewa noga szła w górę, za bardzo w lewo, podnosiła się prawa. A gdy spadałem to razem ze strzemionami. Miały jednak pewien feler, a właściwie dwa. Po pierwsze nie można było wsiadać na konia wspinając się po strzemieniu, po drugie spadając, zarobiłem kilka razy żelastwem w głowę. Wynalazek jednak służył mi długo. I podczas codziennych przejażdżek z ojcem, gdy towarzyszyłem mu w doglądaniu majątku, a także przy okazji moich pierwszych zawodów i to na dużym koniu. Miałem wtedy jedenaście lat i startowałem w Konkursach Młodego Pokolenia. Dwa lata później konkurowałem już z dorosłymi, głównie oficerami. Te zawody wymagały jednak prawdziwego siodła. Ale się radowałem, gdy ojciec mi takie sprezentował. Mój pierwszy dosiad w profesjonalnym sprzęcie pozwolił mi nabrać przekonania, że z takiego fotela to już żadna siła nie zdoła mnie wysadzić.

Niestety szybko okazało się, w jak wielkim jest błędzie. Spadał, wsiadał, znowu spadał. Jeździecka normalka. Przywykł. Nie przypuszczał jednak, że nie brykający wierzchowiec, ale życie wysadzi go z siodła na długo. Wybucha wojna. Szesnastoletni wówczas Byszewski zamienia szpicrutę na legitymację Armii Krajowej. W organizacji są mama, tata, brat. W ich domu, podkieleckim majątku, funkcjonuje podziemna szkoła, tzw. tajne komplety. Aż sześciuset abiturientów uzyskuje świadectwa dojrzałości. Z czasem powstaje też tam podziemna filia Uniwersytetu Jagiellońskiego, niestety bez wydziału rolniczego, który Byszewski postanawia studiować. Dojeżdża więc na tajne komplety do Krakowa. Dyplom uzyskuje już po wojnie, zaraz potem dostaje etat w stadninie w Kozienicach.

– Przepracowałem tam kilka lat, ale o zawodniczym uprawianiu jeździectwa musiałem zapomnieć, nie było warunków. Owszem, sporo galopowałem dla przyjemności – to jednak nie to samo – jak diabli ciągnęło mnie na sportowe parkury. Wreszcie, kiedy wyjechałem do Mosznej, marzenia ziściły się.

 Zawodów, w których uczestniczył, nie jest w stanie zliczyć. Wie za to doskonale, jak smakuje niepowodzenie, zwłaszcza tzw. porażka jednej zrzutki, kiedy wszystko idzie znakomicie, medal w zasięgu ręki, a tu karne punkty na ostatniej przeszkodzie odsuwają od pudła na odległe miejsce. Zna zapach sukcesów – miał ich dziesiątki. Wie również, co to porażka i sukces w jednym i tym samym konkursie.

– To było w Akwizgranie podczas Wielkiej Nagrody Europy, zawodów rozgrywanych na przemian z mistrzostwami, ale wedle tych samych reguł. Startowali najlepsi z najlepszych: Amerykanie, Niemcy, Francuzi, Włosi… Byłem jedynym Polakiem, który zakwalifikował się do finału. Dosiadałem Dukata, konia nie znoszącego rowów z wodą. Pokonywał je od niechcenia, choć stać go było na piękne, dalekie skoki. Niestety w konkursie lądował na taśmie, a to liczy się, jak zrzutka. Zajęliśmy szóste miejsce. Szkoda, bo tylko jedna para pokonała parkur bez punktów karnych. Mogliśmy być drugą, żeby nie ta nieszczęsna taśma. Ale i tak był to wyczyn nie lada, w tyle pozostawiliśmy wielkie znakomitości. Medalu oczywiście żal, zwłaszcza że dzieliły nas od niego dwa skoki… po pięć centymetrów dłuższe.

 Z Akwizgranem łączą też Byszewskiego wspomnienia m.in. z czasów, gdy znalazł się tam na zawodach w charakterze trenera przygotowując polską ekipę do Olimpiady w Moskwie.

– Start miał znaczenie wyłącznie treningowe, w żadnym wypadku nie chodziło o wynik. Ale że w konkursie drużynowym dwóch naszych poległo na dzień dobry, Jankowi Kowalczykowi odechciało się udziału. Zdegustowany spytał: to po kiego mam jechać?

– Pojedź Jasiu – mówię – przejedź się, przynajmniej do pierwszej zrzutki, jak strącisz to się wycofasz.

– W takim razie nie będę nawet konia rozprężał.

   – Pewnie, że nie – przyznałem mu rację.

 Kiedy przyszła kolej Kowalczyka, ten ze stoickim spokojem przymierzył się do pierwszej przeszkody. Zaliczył. Potem druga – też czysto. Trzecia – również. Czwarta, piąta, szósta… i tak już do końca. Gdy pokonał ostatnią, publiczność wstała z miejsc i długimi brawami nagradzała naszego reprezentanta. Tak długimi, że kolejny zawodnik kręcił się po parkurze dobrych kilka minut, nim widzowie pozwolili mu wystartować.

– Nigdy nie zapomnę tego Jasiowego występu. Pokazał, ile można osiągnąć na zupełnym luzie.

 Sądząc po liczbie zaszczytnych tytułów, medali, różnorodnych laurów zainkasowanych przez Byszewskiego, jego też zapewne w karierze sportowej trema nie zjadała. Do niedawna wszystkie puchary, dyplomy, proporce przechowywał w domu, dekorowały ściany jego warszawskiego mieszkania. Dziś wnętrze zdobią jedynie sztychy z koniem w roli głównej i olejny portret psa: autorski prezent od artysty – pułkownika Rómmla. Kilka tygodni temu ponad 280 pamiątek z wielkich jeździeckich imprez przekazał Muzeum i Łowiectwa i Jeździectwa. Akurat z tą placówką jest mu nadzwyczaj po drodze. Jeździł przecież konno i polował, choć nigdy z siodła. Myślistwo było jego wielką pasją. Dziś, z racji kłopotów zdrowotnych nie uczestniczy już w wyprawach ze sztucerem w ręku. Z podobnych powodów nie jeździ też konno. Ostatni raz siedział w siodle dziesięć lat temu w Kanadzie. Znajomy zaprosił go na sześciogodzinną przejażdżkę.

– Myślałem, że nie dam rady, zwłaszcza iż wcześniej miałem bardzo długą przerwę. A jednak wsiadłem, zsiadłem, nie odczułem trudów podróży.

 I co się dziwić, cóż znaczy sześć godzin wobec całego życia w siodle! Władysław Byszewski zna konie, jak mało kto. Jak mało kto także, zna się na jeździeckim sporcie. I choć uprawiał skoki, ceni ujeżdżenie oraz wkkw, ale do jednej dyscypliny za żadne skarby nie może się przekonać… do westu.

– Nie chcę, by ktoś pomyślał, że nie idę z duchem czasu, bo przecież konkurencje westowe zdobywają coraz więcej zwolenników, są uznane przez cały sportowy świat. Mnie jednak to się nie podoba, nie potrafię dostrzec piękna w szarpaniu wierzchowców. Oczywiście, rozgrzeszam ostry styl kowbojów, łapanie na lasso cielaków, bo to praca. Miłośnicy jeździectwa niech się mierzą na skoki, wyścigi i piafy…

Piotr  Dzięciołowski

 

 

 

 

 

 

 

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.