Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

A KARETKA PEŁNA BYŁA PUCHU

W połowie maja w Bibliotece Publicznej w Tucholi odbył się wernisaż malarstwa Samanthy Glińskiej. To pierwsze spotkanie artystki z publicznością od czasu, gdy dwa lata temu uległa tragicznemu wypadkowi samochodowemu.

 

Biblioteka w Tucholi, maj 2019; Foto EWA JAWORSKA

W połowie maja w Bibliotece Publicznej im. Aleksandra Janty-Połczyńskiego w Tucholi odbył się wernisaż malarstwa Samanthy Glińskiej. To pierwsze spotkanie artystki z publicznością od czasu, gdy dwa lata temu uległa tragicznemu wypadkowi samochodowemu.

 

Jest 12 grudnia 2017 roku, zbliża się południe. Dzwonię do Smanthy, by ustalić kolejne szczegóły naszego przedsięwzięcia: wystawy malarsko-rzeźbiarsko-fotograficznej z jej, Ewy Jaworskiej i moim udziałem. Samantha odbiera komórkę w samochodzie, czeka właśnie na Magdę, swoją przyjaciółkę, z którą mają jechać do Chojnic i oprawić następną partię obrazów. Artystka narzeka na ból kręgosłupa, mówi, że poprosi Magdę, by ta zmieniła ją za kierownicą.

O, jest już Magda, zadzwoń do mnie wieczorem – przerwała naszą rozmowę. Przyjaciółka usłyszawszy te słowa, rzuciła:

– Pogadajcie jeszcze chwilę, wypalę papierosa.

Samantha Glińska z autorem tekstu; foto EWA JAWORSKA

Pogadaliśmy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że kobiety nie zamienią się miejscami, bo Magda była po kieliszku wina. A potem nastał ów niezwykle długi wieczór, w który próbowałem dodzwonić się do Samanthy. Nie odbierała. Od kilku godzin leżała nieprzytomna w szpitalu. Okazało się, że zaledwie parę minut po naszej rozmowie, na prostym odcinku drogi do Chojnic, jadący z przeciwka samochód osobowy zjechał na przeciwległy pas i zderzył się czołowo z jej stareńkim oplem. Magda zginęła na miejscu. Samanthę po kilkudziesięciominutowej reanimacji zabrał helikopter. Stwierdzono m.in.: stłuczenie mózgu, złamanie żeber, ręki, a przede wszystkim w wielu miejscach czaszki. Wkrótce okazało się, że ma prawostronny paraliż. Podejrzewano też utratę widzenia w jednym oku. Lekarze oceniali stan jako beznadziejny, choć nie zagrażający życiu. Mówili: co tam oko, roślinka może funkcjonować bez oka. Nie wiadomo zresztą, czy ofiara kiedykolwiek wybudzi się ze śpiączki.

Mija miesiąc i następuje cud: Samantha zaczyna wracać do żywych. Co prawda niewiele pamięta, nie umie się wysłowić, nie jest w stanie nic wokół siebie zrobić, trzeba ją karmić, myć, dbać jak o niemowlę. I jak noworodek, nie potrafi też chodzić, ale za wszelką cenę próbuje. Któregoś dnia wstaje i wywraca się uderzając głową o podłogę, na szczęście tą stroną, która w wypadku nie uległa uszkodzeniu. Za karę dostaje od pielęgniarek reprymendę tak ostrą, że kto inny zapadłby się pod ziemię. Ale nie Samantha. Ona chce być samodzielna, pełnosprawna. Na nic zakazy i nakazy. Gdy tylko personel medyczny traci ją z oczu, ona robi swoje i wstaje.

Rysunek z marca 2018 roku; foto FAPA-PRESS

Dobrze działają na nią odwiedziny najbliższych i wielu przyjaciół. „Zmuszana” do odpowiedzi na setki pytań, uruchamia zdrowe partie mózgu. Z tygodnia na tydzień, choć bardzo powoli, ale następuje poprawa jej stanu zdrowia. Do pełni szczęścia droga jednak niezwykle daleka. Doskonale wiedzą o tym opiekujący się nią wujkowie. By pobudzić jej twórcze komórki, przynoszą na oddział blok rysunkowy i kredki. Samantha zaczyna rysować. Z każdą chwilą robi to chętniej. Rysuje oczywiście konie, jakże jednak nieporadne, infantylne, jakże dalekie od artyzmu w formie i kształcie, do których zdążyła przyzwyczaić fanów swojej twórczości. Ale malarka nie poddaje się, trenuje rękę, palce i nieustannie recenzuje swoje prace.

To nie to, to nie to! – mówi do siebie, zwierza się też innym. Wie, jak powinno być, ale nie jest, nie wychodzi.

Po czterech miesiącach opuszcza szpital. I choć na własnych nogach, ale nie nadaje się do samodzielnego prowadzenia domu. Zamieszkuje u wujków, jeździ na rehabilitację, ćwiczy ponad siły i rysuje, rysuje, rysuje. Po następnych kilku miesiącach i pobycie w sanatorium,  odbieram od niej kolejny telefon:

Słuchaj, będę miała w maju wystawę w bibliotece w Tucholi. Co prawda pokażę głównie prace sprzed wypadku, ale coś nowego też się tam znajdzie. Przyjedź ze swoją książką[1], w końcu jestem jedną z jej bohaterek, przy okazji wernisażu zrobimy spotkanie autorskie.

Fantastyczna informacja. Myślami od razu przenoszę do Tucholi, choć wystawa ma odbyć się dopiero za dwa miesiące. Zastanawiam się, jakiej jakości prace – oczywiście te najnowsze – artystka pokaże, bo te, które widziałem rok temu, wiele wspólnego z jej artyzmem nie miały. Dobrze, że akurat w tym przypadku czas tak szybko zleciał, bo ledwie się obejrzałem, a przyszedł maj. W zaciszu domowym Samantha pokazuje swoje najnowsze prace.

Akwarela z kwietnia 2019 roku; foto FAPA-PRESS

Przecieram oczy ze zdumienia. W pamięci mam jej dziecięce bazgroły ze szpitala, a tu oglądam akwarele i oleje dojrzałej artystki. Nie ustępują tym sprzed wypadku, choć wymagają od niej znacznie więcej wysiłku i sztuczek technicznych. To co kiedyś mogła namalować jednym maźnięciem pędzla trzymając blejtram na sztaludze, teraz robi  nieporównywalnie wolniej i na podłodze. Pod wciąż nie do końca sprawną rękę podkłada kawałek drewna, by ta samoczynnie nie opadała. Malowanie często przerywa, bo nie jest w stanie pracować godzinami. Ale walczy ze swoją niepełnosprawnością niczym uparta lwica. Nim pokona powypadkowe niedoskonałości swojego ciała i umysłu miną jeszcze długie miesiące, ale jest na dobrej drodze. A na tej drodze majowy przystanek: Biblioteka Publiczna w Tucholi. Wybija godzina 17. Głos ma Smantha Glińska, artystka malarka, autorka wystawy. Zaczyna od ciepłych słów pod adresem tych, dzięki którym żyje. Pod adresem ratowników medycznych i strażaków. Oto ONI:

BOŻENA CHILEWSKA, ANITA TYLEC-KURLANDT, KRYSTIAN  KOŚLIŃSKI, MICHAŁ SZOPIŃSKI  – z zespołu ratowników medycznych szpitala w Tucholi;

KRZYSZTOF GRABIŃSKI, TOMASZ JANKOWSKI, MATEUSZ MARCZAK, JERZY WENDA – z zespołu Państwowej Straży Pożarnej w Tucholi.

Dla wszystkich wymienionych artystka-amazonka przygotowała własnoręcznie namalowane akwarele z wizerunkami koni. Kiedy wręczała je swoim bohaterom, niejednemu z uczestniczących w wernisażu kapnęła łza wzruszenia. Przejęci byli też sami ratownicy i strażacy. Nieczęsto ktoś dziękuje im w taki sposób. Tłumaczyli, że nie ma za co, bo przecież to ich praca. Jeden z ratowników uznał, że Samancie należą się przeprosiny za… zniszczoną puchową kurtkę, którą załoga karetki musiała pociąć, by jak najszybciej dostać się do ciała poszkodowanej i zacząć akcję reanimacyjną.

Żeby pani wiedziała – mówił zanosząc się od śmiechu – ile tego puchu mieliśmy w ambulansie, ile czasu zajęło nam sprzątanie…

Piotr Dzięciołowski

PS Wystawę malarstwa Samanthy Glińskiej w Bibliotece Publicznej im. Aleksandra Janty-Połczyńskiego w Tucholi można oglądać do połowy czerwca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] Piotr Dzięciołowski, „Malują, rysują, rzeźbią konie”.  Wydawnictwo ROSA PP Książka do nabycia przez portal hejnakon.pl i wydawnictwo Akademia Jeździecka.

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.