Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

DZIŚ NA WYŚCIGI BLIŻEJ, ALE GRACZY JUŻ NIE TYLU

ANDRZEJ SZYDLIK; foto FAPA-PRESS

ANDRZEJ SZYDLIK. Jego głos rozbrzmiewa z głośników służewieckiego toru wyścigowego od ponad czterech dekad. Komentuje, wspomina, edukuje, zagrzewa do boju konie, jeźdźców, publiczność. Zna ten warszawski tor, jak własną kieszeń i to od urodzenia. Przyszedł na świat opodal, na placu Służewskim, we wrześniu 1939 roku – trzy miesiące po tym, jak służewiecka bomba poszła w górę po raz pierwszy.

Foto EDYTA TWARÓG

Mówi o sobie, że jest nie tylko wyścigowym teoretykiem, ale i praktykiem. Od najmłodszych lat przychodził na Służewiec albo sam, albo z ojcem kawalerzystą. Jego bracia też tam pracowali. Obserwował gonitwy, podziwiał konie, z czasem zaczął ich dosiadać. Jeździł m.in. w stajni Stefana Michalczyka, tego samego, który 3 IX 1939 na ogierze Felsztyn wygrał pierwszą gonitwę. Nauczycielem Szydlika był nie byle kto, bo Walenty Stasiak, członek elitarnego Klubu 1000” (Klub zrzesza dżokejów, którzy wygrali minimum tysiąc gonitw).

Waluś instruował mnie przed moim debiutanckim kentrem. Tłumaczył, wyjaśniał, ale że wiedzy jak na jeden raz było wiele, nieco się pogubiłem. W końcu okropnie się na mnie zdenerwował, machnął ręką i pojechał sam. Na szczęście od następnego treningu było już tylko lepiej.

Andrzej Szydlik jako amator kilka razy startował w gonitwach.

Foto EDYTA TWARÓG

– Czy pan wie, co to jest wyścig na 2400 metrów?! Tysiące ludzi na widowni, wrzawa nie do opisania, obok fantastyczni dżokeje, a ja galopuję na arabie Canaris. Takich przeżyć się nie zapomina.

Niestety kariera wyścigowa nie była mu pisana – nie ten wzrost, nie ta waga. Ale na koncie ma wiele innych funkcji piastowanych na Służewcu. Zaczął od stanowiska chłopca stajennego i wcale się nie obrażał, gdy tak na niego wołano. Dziś nie ma chłopców, są wyłącznie jeźdźcy i nie daj Boże na któregoś zawołać po dawnemu. W wieku dorosłym został przewodniczącym komisji technicznej, kierownikiem selekcji, pracował w szpitalu dla koni na Górce (zaczął nawet studiować weterynarię), był też rzecznikiem prasowym i sędzią na celowniku.

– Ach co to było za sędziowanie, nie to co dziś! Teraz dostępne są takie środki techniczne, że jak sędzia nie ma pewności, kto wygrał, jaki był porządek, to mu fotokomórka zawsze powie. Ale za moich czasów tak pięknie nie było. Pamiętam wyścig z lat siedemdziesiątych – to i tak był już postęp, bo finisz filmowano. Do mety przybiegły dwa arabki Draperia i Pedro, ale na sto procent nie potrafiłem wskazać zwycięzcy. Wydawało mi się, że dotarły łeb w łeb. Na wyścigach jednak nic się wydawać nie może. Pobiegłem więc do Franciszka Kopeckiego, żeby przejrzeć film i… dramat. Awaria sprzętu. Ogłaszam więc na własną odpowiedzialność wynik gonitwy: łeb w łeb. I co się dzieje? Gracze obwiniają mnie o złodziejstwo, pod moim adresem lecą takie epitety, jakich tu nie przytoczę. Zniechęcony mówię dyrektorowi Leszkowi Gniazdowskiemu, że rezygnuję z sędziowania, tymczasem on wcale nie zamierza przyjąć mojej „dymisji”. W końcu, po długiej wymianie zdań zgadza się, ale pod jednym warunkiem: mam znaleźć kogoś na swoje miejsce. Znalazłem znakomitego Krzysztofa Chmiela.

Foto EDYTA TWARÓG

Andrzej Szydlik, kiedy rozpoczął pracę wyścigowego komentatora, doskonale zdawał sobie sprawę, że relacjonując przebieg gonitw musi zachowywać pełny obiektywizm. Nie wolno mu dopingować konkretnych jeźdźców, do czego prawo zawsze miała (i ma) publiczność. A ludziska darli się wniebogłosy: „dawaj, dawaj Sałagaj” (Stanisław Sałagaj) albo „dawaj Dulu, toru królu” (Tomasz Dul).

Wszyscy znani jeźdźcy mieli swoje ksywki, nazwisk prawie się nie używało. Nawet mój ojciec, kiedy byłem małym chłopakiem, mówił chodź na wyścigi, bo Waluś jedzie. Z kolei rumuńska hrabina krzycząc na całe gardło „dawaj, dawaj Waluś” waliła mnie programem po głowie myśląc, że będzie szybciej. Przypomnę kilka innych przezwisk: na Ludwika Bujdensa wołaliśmy „Lutek”, na Arkadiusza Goździka – „Papiak”, na Władysława Biesiadzińskiego – „Biesiada”…

Wielu dżokejów to podobno ludzie wyjątkowo weseli, dowcipni, lubiący żarty.

 – O tak. Opowiadali mi dawno temu Sałagaj z Bujdensem, jak to Papiak i Lutek ganiali za znakomitym trenerem – wówczas już w podeszłym wieku – Aleksandrem Pacurko i krzyczeli: „idzie śmierć na górkę po pana Pacurkę”.

Kiedy Andrzej Szydlik rozpoczął pracę komentatora, nie mógł przewidzieć, z jakimi sytuacjami, także niecenzuralnymi będzie miał do czynienia. Oto bowiem na Służewiec trafił koń z Niemiec. Imię, a zwłaszcza pisownię tegoż imienia miał wierzchowiec na polskie warunki wyjątkowo nieeleganckie: „Chuju”. Podobno za Odrą wołano na niego „Dżudżu”, ale w spisie gonitw zapisano zgodnie z metryką.

Foto EDYTA TWARÓG

– Zobaczyłem program i łapię się za głowę. Co ja powiem publiczności. Na szczęście trener Czesław Rajewski uspokoił mnie, że ten koń nie ma żadnych szans i żebym w ogóle się nim nie przejmował. Odetchnąłem. I rzeczywiście bomba idzie w górę, a koń ciągnie się gdzieś w ogonie, komentuję więc to, co dzieje się na czele stawki. I nagle ten Ch… zaczyna przyśpieszać, jest coraz bliżej celownika. Nie mogę udawać, że tego nie widzę. Zwracam się więc do publiczności: „proszę państwa, środkiem toru finiszuje koń z numerem siedem”. Widzowie doskonale wiedząc w czym rzecz, zanieśli się śmiechem. Takiego rechotu na Służewcu nigdy wcześniej ani nigdy później nie słyszałem.

Ale bywały też sytuacje nieprzyjemne, m.in. podczas Międzynarodowego Mityngu Krajów Socjalistycznych.

    –  Na ogierze Charkow jechał znakomity radziecki dżokej Nikołaj Nasibow, a na Dorpacie nasz Walenty Stasiak. Dwieście metrów przed metą Nasibow zajechał drogę Stasiakowi. Ten w odwecie przyłożył Rosjaninowi dwa baty w plecy. Protesty oczywiście odrzucone. Czekamy na decyzję, kto wygrał, jaki zagrają hymn.  Zakładam się z kolegami, mówię, że na pewno będą grać radziecki, niektórzy powątpiewają. Niestety to ja się nie mylę. Satysfakcja taka sobie.

Prawdziwą miał, gdy na Służewiec przyjechał prymas Glemp, by dekorować zwycięskiego konia. Szydlik poinformował o tym publiczność, a od siebie pod adresem Eminencji dodał kilka ciepłych słów. Ledwie dekoracja się odbyła, a do „kanciapy” komentatora wszedł ksiądz Prymas ze świtą i…

– … i chwali mnie, jak pięknie komentuję. Nie pozostaję dłużny. Zachwycam się, jaki on opalony, jaką ma piękną cerę, że w ogóle to z niego kawał mężczyzny tylko w telewizji tak fatalnie go pokazują. Komplementuję, ale moi szefowie już machają do mnie, żebym przestał, że tak nie wypada. Nie przestaję. Za to nazajutrz mówi się o zwolnieniu mnie z pracy. Na szczęście na wyścigi docierają wieści, że Prymas był nadzwyczaj zadowolony z rozmowy i ani przez chwilę nie poczuł się zażenowany moimi stwierdzeniami. Jakże zresztą prawdziwymi: pięknie opalony, bo właśnie wrócił z urlopu, który spędzał z Papieżem Janem Pawłem II w jego rezydencji Castel Gandolfo.

Wyścigi odwiedza i odwiedzało setki znamienitych gości.

Shirley i Charlie Watts, perkusista The Rolling Stones; foto EDYTA TWARÓG

– O tak! Był np. cesarz Hajle Sellasje. Pamiętam też m.in. Aleksandrę Śląską w wielkim kapeluszu, Lopka Krukowskiego, Ludwika Sempolińskiego, także Władysława Broniewskiego. Ten ostatni prosił mnie, bym kupił mu w bufecie koniak. Musiałem odmówić, bo nikt by mi go wówczas nie sprzedał, nie miałem osiemnastu lat.

Ze współczesnych nam bywali albo bywają na Służewcu Maryla Rodowicz, Jan Englert, Arkadiusz Bazak, Maciej Damięcki... Przychodzi też trener Jerzy Engel. Ciekawe, czy ktoś z nich śledził z trybuny Derby roku 2000. Jeden jedyny raz zdarzyło się bowiem, by w stawce na Służewcu biegło aż dwadzieścia koni!

Byliśmy przerażeni. W takim tłoku nietrudno o wypadek, a gonitwie towarzyszą emocje, u niektórych przerost ambicji, każdy chce wygrać. W ułamku sekundy przypomniałem sobie najtragiczniejsze zdarzenie w historii polskich wyścigów. Na torze mokotowskim w 1933 roku odbywała się gonitwa o Nagrodę Wiosenną (odpowiednik angielskiej 1000 Guineas). Wystartowało piętnaście trzyletnich klaczy. Doszło do karambolu. Wywróciło się siedem koni, dwóch dżokejów Ignacy Magdaliński i Jerzy Szyszkowski zmarło w szpitalu trzy godziny po kraksie. Teraz, przy okazji Derby, miało się ścigać dwudziestu jeźdźców! Razem z Jerzym Jednaszewskim przywołaliśmy do siebie wszystkich ścigających się w tej gonitwie, by błagać, ażeby uważali, by pamiętali o fair play i o tym, że życie ma się jedno. Kiwać głowami kiwali, ale czy się dostosują? Kiedy bomba poszła w górę, ręce mi się trzęsły. Zresztą nie tylko mnie, wszystkim członkom komisji technicznej. Na szczęście nic nikomu się nie stało. Wyścig został rozegrany bezpiecznie, niemal modelowo. Gwoli przypomnienia wygrała trójkoronowana Dżamajka.

W licznych wywiadach podkreśla pan, że wyścigi to jest teatr z ogromną publiką. Aktorami są konie, jeźdźcy, gracze… Niestety to już nie te czasy, gdy na trybunach zasiadały tysiące widzów…

No nie. Dziś jest atrakcji, a atrakcji. Można wybierać do woli. Są rzecz jasna stali bywalcy, ale o takich pasjonatów, jak dawniej, coraz trudniej. Kiedyś to byli, oj tak! Proszę sobie wyobrazić, że gdy dniem wyścigowym była również środa, moja znajoma, mająca liczną rodzinę, usłyszała od męża: „pamiętaj Jadziu, jak ktoś w rodzinie umrze, to broń Boże nie organizuj mu pogrzebu we środę”. Ludzie żyli od wyścigów do wyścigów. Przyjeżdżali na każde, choć na Służewiec musieli pokonać kawał drogi. Dziś droga niby ta sama, tyle że znacznie prościej ją przebyć. Za to nieporównywalnie mniej kibiców.

Piotr Dzięciołowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.