Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

A IMIĘ JEGO APACHI 17

Joanna Hirsz: z wykształcenia prawniczka, kilkanaście lat pracowała w korporacji, dziś wspiera firmy w zarządzaniu doświadczeniami klientów (ang. Customer experience management) – co jest dyscypliną w Polsce stosunkowo młodą. Od dwunastu lat jeździ konno, a zaczęła swoją przygodę za sprawą trzyletniej córeczki Marceliny.

JOANNA HIRSZ; foto FAPA-PRESS

Joanna Hirsz: z wykształcenia prawniczka, kilkanaście lat pracowała w korporacji, dziś wspiera firmy w zarządzaniu doświadczeniami klientów (ang. Customer experience management) – co jest dyscypliną w Polsce stosunkowo młodą. Od dwunastu lat jeździ konno, a zaczęła swoją przygodę za sprawą trzyletniej córeczki Marceliny.

             Córka jeździła na kucyku w podwarszawskiej stajni, ale jak to w większości stajni, mieszkały tam również konie duże. I właśnie tymi dużymi zainteresowała się mama. Od słowa do słowa zdecydowała się sprawdzić w siodle.

– Do koni zawsze mnie ciągnęło, ale zwyczajnie się ich bałam. Nie dość, że duże, to jeszcze uzbrojone w wielkie zęby i aż cztery kopyta (śmiech). Pamiętam, jak pierwszy raz wsiadłam i wrzasnęłam ze strachu, bo wysoko. Potem wrzasnęłam, bo koń ruszył. Na szczęście był chyba przyzwyczajony do podobnych reakcji i nie poniósł. Jasne, mogłam zaraz zsiąść, ale postanowiłam walczyć, przezwyciężyć paniczny lęk. Nieraz nawet z nerwów ciekły mi z łzy. Powiedziałam sobie jednak, że wytrwam i robiłam wszystko, by tak się stało. Nie zapomnę też emocji podczas pierwszych galopów.

Mijały miesiące, a Joanna Hirsz coraz mocniej wiązała się z jeździectwem. Dosiadała różnych koni, wiele godzin spędzała m.in. na grzbiecie Santany w Sielance.

– To była kasztanka, która trafiła ze stajni sportowej do rekreacyjnej. Dobrze skakała, ale też znakomicie została ujeżdżona. Taki koń profesor. Dzięki niej zrozumiałam różnicę, jaka jest między wierzchowcem sportowym a rekreacyjnym. Wymagała ode mnie ogromnej precyzji, tak obcej koniom szkółkowym.

            Im więcej jeździła, tym częściej rozmyślała o własnym koniu. Nie żeby miała go kupić już, zaraz, natychmiast, ale w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości. I gdyby nie wypad do rodziny w Niemczech, kto wie, jak odległa byłaby to przyszłość.

– Mam tam m.in. dalekiego kuzyna jeźdźca-zawodowca. Jest hodowcą, trenerem, zawodnikiem.

– Przyjedź do stajni – zaproponował.

– Pojechałam od razu.

            Tam poznała Apachiego 17 po Argentinusie. Świetnie ujeżdżony, ze znakomitymi papierami i do tego na sprzedaż.

Oko w oko z Apachim. Rzeźba autorstwa EWY JAWORSKIEJ; foto FAPA-PRESS

– Jeździło mi się na nim rzeczywiście znakomicie, niestety cena była astronomiczna. Temat kupna-sprzedaży w ogóle więc nie wchodził w grę. Szkoda, bo zakochałam się w Apachi od pierwszego wejrzenia.

            Wróciła do kraju i znów dosiadała przypadkowych koni, niektórych zresztą niesamowitych, np. pięknego ogiera lipicańskiego, który w trakcie jazdy potrafił się zatrzymać i zrobić lewadę. Amazonka, nie wieszając się na wodzach, wysiadywała tę figurę, co świadczy o jej jeździeckim poziomie. Takie umiejętności bardzo się przydają, zwłaszcza gdy jeździ się raz na takim, raz na innym koniu. Aż tu zupełnie niespodziewanie dzwoni kuzyn z Niemiec i mówi, że właściciele Apachiego z powodu wyjazdu z kraju wysprzedają cały swój dobytek, także ten żywy i cenę na pewno znacznie obniżą.

– Musieli mieć chyba nóż na gardle, bo tak obniżyli, że dałam radę ją udźwignąć.

            W styczniu 2010 roku sześcioletni Apachi przyjechał do Polski. Zamieszkał najpierw w Konstancinie, ale niełatwo było mu się tam zaaklimatyzować. Wszystko nowe, do tego hala namiotowa, jakiej nigdy wcześniej nie widział i bardzo się jej bał. Summa summarum nowa właścicielka przeprowadziła go do „Sielanki”. Tam poczuł się znacznie lepiej.

Na Apachim; foto OLIWIA CHMIELEWSKA

– Myślałam, że w jakimś skromnym wymiarze będziemy kontynuować jego karierę skoczka, a skakać uwielbiał. Wystarczyło, że na horyzoncie dojrzał przeszkodę, a pędził w jej kierunku na łeb, na szyję. Niestety podczas treningu przed egzaminem na Srebrną odznakę spadłam i tak się potłukłam, że zrezygnowałam ze skoków na rzecz ujeżdżenia.

            Startowali nawet razem w regionalnych zawodach, także w Royal Cup w Łazienkach. W trakcie któregoś z przejazdów Apachi wyskoczył z czworoboku przez okalający płotek.  Co z tego, że niziutki, kształtem przypominał przeszkodę, a to wystarczyło, by się z nią zmierzyć.

– Doszłam do wniosku, że te nasze starty są bez sensu; szkoda nerwów – moich i jego. Od tamtej pory trenowaliśmy już ujeżdżenie wyłącznie dla siebie.

            I pewnie byłoby tak do tej pory, gdyby nie powtarzające się kontuzje i zwyrodnienie stawów, eliminujące Apachiego nie tylko z małego sportu, ale w ogóle z chodzenia pod siodłem. W maju tego roku (2020) przeszedł na emeryturę. Młodo, ale tak bywa.

– Znalazłam mu znakomity pensjonat kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Całe dnie spędza z innymi końmi na pastwisku. Nikt niczego od niego nie chce poza tym, żeby na noc wracał do stajni. Robi to nawet chętnie, bo w sąsiednim boksie czeka na niego ukochana klacz. Odwiedzam go każdej wolnej chwili, ale kiedy wizyta dobiega końca i muszę wracać do domu, bardzo źle to znoszę. Na do widzenia zawsze odprowadzam go na pastwisko. Ostatnim razem doszliśmy już do miejsca, z którego doskonale widać cały tabun jego towarzyszy, ale on ani myślał do nich biec. Skubał trawę i co kilka kroków odwracał się w moją stronę. Zaczęłam go nawet delikatnie odpychać, mówiłam „idź, idź do swoich”, a on wciąż kręcił się obok mnie. Widać chciał być ze mną jak najdłużej; jak ja z nim…

W plenerze; foto MARCELINA KROPIŃSKA

            Joanna Hirsz nie ma na razie konia pod siodło, nie ma też sprecyzowanej wizji swojej jeździeckiej przyszłości. Może wróci do ujeżdżenia, a może będzie tylko jeździć w teren. Nie wiadomo też na czym. Jest fascynatką andaluzów, koni trudnych, ale ma świadomość, że w tandemie ONA-KOŃ, potrafi dowodzić. Kto wie, może więc tym razem trafi w jej ręce piękny andaluz. (hnk)

           

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.