Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

On na koźle; strażacy na tarczy

Mistrzostwa Świata we Francji; Ireneusz Kozłowski zdobywa drużynowy tytuł wicemistrza; foto z archiwum IK.

 Ireneusz Kozłowski: trener, zawodnik, hodowca, mąż Natalii: trenerki, zawodniczki, hodowczyni; dwukrotny medalista Mistrzostw Polski w powożeniu zaprzęgami dwukonnymi, drużynowy wicemistrz Świata (Jardy, Francja, 2003 r.).

Tę przygodę, choć sam jej doświadczył, opowiada niechętnie, bo twierdzi, że nikt w nią nie uwierzy. On w każdym razie nie dałby wiary, gdyby ktoś coś takiego jemu relacjonował. A było tak: konie spłoszyły się w trakcie zaprzęgania do bryczki. Pognały w uprzężach przed siebie, na łeb, na szyję; jeden w stronę szosy. Zrobiło się niebezpiecznie. Wtedy Ireneusz Kozłowski wskoczył do terenowego samochodu i ruszył w pogoń. Kiedy zrównał się z koniem, chwycił przez lewe okno lejce i zaczął je ostrożne ściągać. Po kilkudziesięciu metrach udało mu się uciekiniera zatrzymać.
Poradzenie sobie w tak ekstremalnej sytuacji zawdzięcza na pewno opanowaniu, ale też ogromnej praktyce i umiejętności w dogadywaniu się z końmi. Potrafi dużo, bardzo dużo – pewnie dlatego tak często popada w dyskomfort obserwując początkujących „stangretów”.

– Powożenie to trudna sztuka; wymaga może mniejszej sprawności fizycznej niż np. WKKW, ale ogromnej pracy, cierpliwości, konsekwencji i refleksu. Ludziom jednak wydaje się, że nawet jeśli mało umieją, a zaprzęgną do bryczki pierwszego z brzegu konia, to zestaw będzie działał. Tymczasem, po pierwsze nie każdy człowiek ma w sobie to coś, by powozić, po drugie nie każdy koń da się w zaprzęgu „okiełznać”; zwłaszcza wśród super rasowych nie brakuje kompletnych świrów. Ażeby więc obie strony czuły się bezpiecznie, człowiek i zwierzę powinni zainkasować odpowiednią dawkę wiedzy. Konie muszą być pewne, że ze strony zaprzęgu nic im nie grozi, że bryczka to nie drapieżnik, przed którym trzeba uciekać, tymczasem instynkt taką właśnie reakcję podpowiada. Do kolejnych umiejętności należy przygotowywać zwierzęta stopniowo i adekwatnie do ich zdolności oraz temperamentu. To nie jest tak, że z każdym koniem, by osiągnąć cel, pracuje się tak samo długo albo tak samo krótko. Jeden łapie szybciej, drugi wolniej. Jeden jest łatwiejszy w kontakcie, z innym da sobie radę jedynie zawodowiec z górnej półki. Kilku naszych powożących rozczarowało się sprowadzając tak modne w ostatnich latach, konie zaprzęgowe z Holandii. Rzeczywiście wspaniale się ruszają, do tego sędziowie lubią je oglądać na zawodach, ale są trudne. Powożący nie mieli jednak z nich żadnego pożytku, bo nie potrafili się z nimi porozumieć. Przyzwyczajeni do koni śląskich, odpornych na „ciężką rękę”, niewiedzę człowieka, zachowania agresywne, pośpiech, wydawało im się, że w przypadku importowanych, będzie podobnie. Te jednak wymagają delikatności i nie wybaczają błędów.

Ireneusz Kozłowski; foto FAPA-PRESS

Przed kilkoma laty Ireneusz Kozłowski wpadł na pomysł wyhodowania własnej rasy. Właściwie populacji, bo rasa to jednak coś zupełnie innego. Połączył ślązaki z kłusakami orłowskimi, których charakter i możliwości sportowe poznał podczas pracy na Ukrainie. W grudniu ubiegłego roku, na drugiej eliminacji Halowego Pucharu Powożenia na Partynicach zaprezentował jedną ze swoich par w przejeździe treningowym; w planach ma starty w zawodach wysokiego szczebla; kiedyś może także zaprzęgami czterokonnymi. (Fragmenty filmów z treningów tych koni można zobaczyć na Youtube wpisując: Jagodne Horses).
Ze ślązakami spróbował też Ireneusz Kozłowski łączyć angloaraby. Z powodzeniem wykorzystuje je pod siodłem, jego żona, Natalia (o jej Emolu zdążyło usłyszeć już wielu kibiców). Wbrew pozorom ujeżdżenie i powożenie mogą mieć ze sobą sporo wspólnego.

– Mało kto wie – wyjaśnia mąż amazonki – że najwyższy poziom koni zaprzęgowych osiąga się nierzadko treningami z siodła. Powożący dosiadają wierzchowców sami albo mają do tego swoich ludzi: jeźdźców-profesjonalistów. Bywa, że konie plasujące się w zawodach na czołowych miejscach, chodzą przy bryczce góra pół roku, drugie pół wyłącznie pod siodłem. I co ważne, nie eksploatowane ponad siły, służą zawodnikom długie lata. Pamiętam czasy, kiedy nasi powożący korzystali przede wszystkim z koni państwowych – a więc powiedzmy wprost – „bezpańskich”, które w wieku około 10 lat nadawały się już tylko na emeryturę i to nie zawsze z racji kontuzji, ale zmęczenia zarówno fizycznego, jak psychicznego. Dziś w tej materii zaczyna się stopniowo dziać lepiej, bo nawet jeśli zawodnicy nie jeżdżą własnym końmi, to treningom towarzyszy już większa świadomość.

Pierwsza czwórka Ireneusza Kozłowskiego – powoził nią w czasach, gdy pracował w SK Janów Podlaski. W zaprzęgu klacze angloarabskie; foto z archiwum IK.

Ireneusz Kozłowski, kiedy zaczynał swoją przygodę z zaprzęgami, niewiele wiedział o tej dyscyplinie. Do pierwszego w swoim życiu ogólnopolskiego startu, reprezentując wtedy Janowską stadninę, przygotowywał się z marszu bez jakiegokolwiek doświadczenia z niedoświadczonym luzakiem i niedoświadczoną parą trudnych angloarabów. Robił to, co podpowiadała mu intuicja. Wiedząc, że w maratonie musi pojechać jak najszybciej, starał się tak jechać. Na pierwszej przeszkodzie miał pierwszy czas, na drugiej drugi, na trzeciej pierwszy, a na czwartej… pękł pas, bryczka się zgięła i było po zawodach. Przeżycie przykre, choć rozpierała go duma, że walczył jak równy z równym, z takimi znakomitościami, jak  choćby mistrz Kazimierz Andrzejewski. W dobry humor wprawił go też Czesław Konieczny chwaląc jego przejazd na czworoboku.
W drugich w jego karierze zawodach, i to nie byle jakich, bo Mistrzostwach Polski, było już o niebo lepiej – zajął 7 miejsce. Podstawy, dzięki którym mógł myśleć o lepszych wynikach, dało mu ukończenie kursu instruktora w 1987 roku w Zbrosławicach. Zaraz potem,  jak zrezygnował z podjętej po studiach pracy w stadninie Janów Podlaski (1997 r.), wydzierżawił ze Stada Ogierów w Białce dwa ogiery i z nimi szlifował umiejętności. Opłacalny, bo dający miejsca na podium, okazał się zakup gniadej pary śląskich ogierów: Lamparta i Lidera ze Strzelec Opolskich, stadniny, po której nie ma już śladu, a hodowcy do tej pory szukają potomków tamtejszych rodzin żeńskich. Konie z paleniem „36”  triumfowały lata. Przykładem niech będą takie sławy jak Sejmik, czy Bogacz.

Rok 1991, Zawody Okręgowe w Skokach w Lublinie; Ireneusz Kozłowski startuje w barwach AKJ Lublin na odkupionym od chłopa wałachu Rum – foto z archiwum IK.

 

– Z czasem wymieniłem Lamparta i Lidera na genialne siwe klacze, również rasy śląskiej: Brankę i Intencję, z którymi w 2003 roku wywalczyłem drużynowe wicemistrzostwo świata; dziś oba konie z powodzeniem starują we Włoszech.

Co ciekawe, Ireneusz Kozłowski wcale nie marzył o uprawianiu powożenia. Fascynowało go i fascynuje WKKW. Z racji wzrostu i wagi postanowił jednak z tej dyscypliny zrezygnować – miejsca na podium w tej akurat konkurencji zarezerwowane są raczej dla filigranowych zawodników. Zdecydował się więc na powożenie. Jego zdaniem bardzo zbliżone do wszechstronnego konkursu konia wierzchowego, bo składające się także z trzech konkursów. Różnica niewielka: tam gdzie w WKKW przeszkody trzeba pokonywać górą, w powożeniu należy je omijać.
Na hipiczne zainteresowania, rodzice Ireneusza patrzyli niechętnie, nie mogli tego hobby zrozumieć. Mężczyźni w klanie Kozłowskich, z dziada pradziada byli zawodowymi strażakami. Próbowali więc ugasić zapał pierwszego w rodzie koniarza, ale na powodzenie swojej misji nie mieli szans. Niełatwo bowiem skierować na inny tor kogoś, kto przyszedł na świat opodal stadniny w Janowie Podlaskim i po dziś dzień wspomina, jak go dziadek na konia, na oklep posadził.

– W pewnej chwili gniady, niewidomy na jedno oko wałach, opuścił głowę i zaczął skubać trawę, a ja ujrzawszy jego dłuuuugą szyję poczułem się… niczym skoczek na Wielkiej Krokwi.

Dojrzalszy kontakt z końmi miał w szkole podstawowej. Zapisał się wtedy do klubu jeździeckiego założonego przez znanego malarza, Macieja Falkiewicza w Białej Podlaskiej. Przygodę stricte sportową rozpoczął w czasach studenckich w Akademickim Klubie Jeździeckim w Lublinie. Trochę skakał, trochę uprawiał ujeżdżenie, z czasem zainteresował się powożeniem. Kiedy na stażu w SO Białka poznał nie żyjącego już  Marka Pawelca i miał okazję śledzić jego przygotowania do Mistrzostw Świata w Powożeniu Zaprzęgami Parokonnymi w Gladstone, to tak go wtedy wzięło, że postanowił – dopóty, dopóki sił starczy – z kozła nie zsiadać.
Rodzina dała mu spokój, gdy spostrzegła, że ten nie tylko oddaje się swojej pasji bez reszty, ale daje radę z niej żyć. Od piętnastu lat Kozłowski mieszka na Mazowszu, gdzie w Jagodnem prowadzi wraz z żoną znany z odbywających się tam zawodów, kursów i imprez, ośrodek jeździecki oraz hodowlany. Kiedyś, jeszcze na studiach, nie myślał, by zaszyć się na łonie natury, w otoczeniu mazowieckiego starodrzewia; pragnął angażu w stadninie…

Towarzysząc powożącym na koźle, Ireneusz Kozłowski dbał o bezpieczeństwo zawodników w Mistrzostwach Polski Dziennikarzy zorganizowanych w Jagodnem w roku 2012; Impreza ta pod nazwą „MEDIA DRIVING CUP” otrzymała nominację do tytułu „Wydarzenie kulturalne roku 2012”. foto www.jagodne.pl

 

– Z upływem lat, zwłaszcza po kilku przepracowanych na etacie, zupełnie mi się tego odechciało. Po pierwsze przekonałem się, że za grosz nie mam predyspozycji do ośmiogodzinnego trybu pracy i rozliczania się z obecności, a nie z efektów; po drugie zobaczyłem od kuchni, jak takie przedsiębiorstwa funkcjonowały, że często pełniły funkcję przytułków dla bezrobotnych. W zakładach treningowych czasami zatrudniano ludzi – i jeszcze nieraz tak się dzieje – którzy nie mają pojęcia o koniach, ich robota przynosiła więcej zła niż dobra. Szkoda, bo przecież fachowców, do tego z pasją, w tym absolwentów wyższych uczelni nie brakuje. Jest tylko kwestia dotarcia do nich. Dlaczego jednak na przestrzeni lat stadniny wolały zatrudniać dyletantów, to już temat na inną okazję.
Piotr Dzięciołowski

***

POWOŻENIE
Zawody w powożeniu składają się z trzech konkursów: ujeżdżenia, maratonu, konkursu zręczności. Ujeżdżenie wymaga od zawodnika wykonania szeregu manewrów w różnych chodach (wolty, cofanie, zatrzymywanie…) prezentując zarazem wyszkolenie konia, m.in. jego styl, lekkość, wygięcie… Konkurencję rozgrywa się na czworoboku 100×40 metrów. Maraton jest próbą terenową na trasie do 22 kilometrów. Każdy z odcinków (od 3 do 5) pokonywany jest na czas. Powożący musi zaliczyć rozmaite przeszkody (bramy, ostre zakręty, przeszkody wodne…). Konkurs zręczności rozgrywa się na trasie długości od 500 do 800 metrów. Zawodnik  musi tak manewrować bryczką, by w ustalonej kolejności przejechać przez ciasne bramki, niewiele szersze od  zaprzęgu. Bramek może być do 20.
Zawody rozgrywa się zaprzęgami jednokonnymi (singlami), parokonnymi i czwórkami. Na bryczce poza powożącym, zawsze jest luzak (w zaprzęgu czwórkowym – dwóch). Balansują oni ciałem zapewniając zaprzęgowi stabilność i korygując tor jazdy, zmniejszając w ten sposób ryzyko zaliczenia punktów karnych za np. nieczyste pokonanie przeszkody . Podczas  przejazdu w próbie ujeżdżenia obowiązuje zakaz porozumiewania się powożącego z luzakiem.

    Print       Email

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.