Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

JA TAKA DROBNA; ON TAKI KOLOS

Natalia Kozłowska: trenerka, zawodniczka, hodowczyni, żona Ireneusza: trenera, zawodnika, hodowcy; srebrna medalistka Halowego Pucharu Polski w ujeżdżeniu, matka chrzestna złotego medalu Tomasza Zdańkowskiego w paraujeżdżeniu.

NATALIA KOZŁOWSKA; FOTO: FAPA-PRES

Natalia Kozłowska: trenerka, zawodniczka, hodowczyni, żona Ireneusza: trenera, zawodnika, hodowcy; srebrna medalistka Halowego Pucharu Polski w ujeżdżeniu, matka chrzestna złotego medalu Tomasza Zdańkowskiego w paraujeżdżeniu.

NATALIA KOZŁOWSKA NA EMOLU PODCZAS POKAZU W JAGODNEM; FOTO FAPA-PRESS

Miała już papiery instruktorskie i trenerskie, radziła sobie jako zawodniczka na parkurach i czworobokach; do pełni szczęścia brakowało jej tylko umiejętności powożenia. Umiejętności wyłącznie amatorskich, bo nigdy nie zamierzała poświęcać się tej dyscyplinie w wymiarze sportowym. Ot, przyjemnie jest wybrać się bryczką na spacer. Znajomy poradził, by zgłosiła się do Ireneusza Kozłowskiego: on nie tylko znakomicie powozi, ale też świetnie uczy. Zadzwoniła, umówili się na pierwszą lekcję, potem na kolejne. Nie przewidziała, że nauki z drużynowym wicemistrzem świata w powożeniu przybiorą taki obrót. Program zajęć znacznie wykroczył poza technikę trzymania lejców i bata. Wystarczyło pół roku, by nauczyciel i uczennica… wzięli ślub. I to jaki: pod kościół w Janowie Podlaskim zajechali powozem zaprzęgniętym w cztery łąckie ogiery.

ŚLUB W JANOWIE; FOTO Z ARCHIWUM DOMOWEGO NIK

Było więc pięknie, nastrojowo, choć… nieco boleśnie. Panna Młoda wciąż odczuwała skutki kontuzji odniesionej kilka dni wcześniej na planie jednego z odcinków serialu Złotopolscy. Powożąc bryczką, naderwała ścięgna ręki; lekarz zaaplikował gipsowy opatrunek.
W gipsie do ślubu? Kto to widział! Na czas ceremonii uwolniłam się od tego ciężaru, zwłaszcza, że zupełnie nie pasował do mojej weselnej sukni.

Przerwa w kuracji na szczęście nie odbiła się na zdrowiu kończyny. Dziś, w każdym razie jest co wspominać. Udział w telewizyjnym filmie był zresztą dość przypadkowy. Natalia Kozłowska trafiła na plan za sprawą zaprzyjaźnionych Sabiny i Stefana Jerzaków, właścicieli podwarszawskiego Klubu Sportowego „Dworek”. To do nich zwrócił się producent w poszukiwaniu powożącego – to oni bez wahania wskazali swoją wieloletnią współpracowniczkę.
Niezwykli, starsi państwo otaczający się młodzieżą i dobrze jej życzący. Mało tego, niejednego jeźdźca wsparli finansowo, opłacili szkolenie z własnej kieszeni. Wiele im zawdzięczam. Pracowałam u nich w Klubie w charakterze instruktora, ujeżdżałam konie, trenowałam skoki. Co prawda zawsze bardziej ciągnęło mnie ujeżdżenie, ale niestety klacz, którą w „Dworku” dysponowałam – drobna folblutka wzrostu zaledwie 156 centymetrów – słabo radziła sobie na czworobokach. Była za to niezwykle skoczna. Pochwalę się, że na treningu, i to tylko dlatego, że podpuścił mnie znany zawodnik, Mieczysław Podgórski, skoczyłam mur wysokości 160 centymetrów. Na zawodach natomiast pokonywałam przeszkody 40 centymetrów niższe. Raz udało mi się zająć lepsze miejsce, innym razem gorsze, ale zdawałam sobie sprawę, że na takim koniu daleko nie zajadę. Nadpobudliwy, nieprzewidywalny, nie gwarantował bezpieczeństwa, co akurat w dyscyplinie skoków ma szczególne znaczenie. Skakać więc na „czymś takim” było istnym szaleństwem.

A OCZY MRUŻĄ OBOJE; FOTO: FAPA-PRESS

Diabelski koń, tęsknota za ujeżdżeniem, brak także odpowiedniego trenera – wszystko to sprawiało, że nie czuła się w siodle komfortowo… choć bez siodła czułaby się o niebo gorzej. Od lat dziecięcych nie wyobrażała sobie życia bez koni. Są w jej hierarchii zawsze na pierwszym miejscu, choć nie zawsze może im poświęcać tyle czasu, ile by chciała. Najmniej miała go w okresie studiów na wydziale sinologii Uniwersytetu Warszawskiego, bo co jak co, ale nauka chińskiego, zwłaszcza tysięcy znaczków-robaczków zastępujących nasze 32 litery, zajmowała jej znaczną część tygodnia. O wolną chwilę było więc trudniej, ale i tak ją wyczarowywała, a wtedy galopem do stajni; wówczas do stajni Legii w Starej Miłosnej. Treningi pod kierunkiem pierwszego w jej życiu szkoleniowca z prawdziwego zdarzenia, Jana Kłyma, przerwała po studiach, gdy przyznano jej roczne stypendium naukowe w Pekinie. Ledwie tam doleciała, a już zajęła się wynajdywaniem jakiejś stajni, możliwie najbliższej miejsca jej pekińskiego adresu.
Ta najbliższa okazała się i tak bardzo daleka. Ośrodków jeździeckich – zwłaszcza wtedy, to był rok 2000 – było, jak na lekarstwo. W jedną stronę dojeżdżałam przeszło dwie godziny. Bywałam tam nawet częściej niż zakładałam, bo właściciel stajni zaproponował mi pracę. Ujeżdżałam mu konie, prowadziłam lekcje dla obcokrajowców m.in. polityków i biznesmenów, bo przede wszystkim tacy jeźdźcy tam się zgłaszali. Dla tubylców była to zbyt droga rozrywka, zarazem mało popularna. Z dogadywaniem się z ludźmi nie miałam problemów, bo znam i chiński, i angielski. Z końmi też szło mi nieźle, jako że język mowy ciała jest jak międzynarodowe esperanto.

Po pół roku kursowania między uczelnią a stajnią, zaliczaniu egzaminów i kolokwiów, byle tylko zaliczyć, doszła do wniosku, że choć poszerzyła horyzonty, wiele się nauczyła, to jednak w Chinach nie ma czego szukać. Wróciła do Polski… Po ślubie zamieszkała w Jagodnem. U boku męża miała nareszcie to, o czym marzyła od zawsze – końskie towarzystwo całą dobę. Brakowało tylko sportowego wierzchowca, na którego grzbiecie mogłaby zacząć osiągać wyniki w ujeżdżeniu.

NATALIA KOZŁOWSKA NA EMOLU W TRAKCIE PRZEJAZDU KONKURSOWEGO; FOTO Z ARCHIWUM DOMOWEGO NK

Któregoś dnia pojechałam w odwiedziny do państwa Jerzaków w „Dworku” i zobaczyłam Emola, którego dwa lata wcześniej przygotowywałam pod siodło w Jagodnem. Pamiętałam, że miał wspaniały ruch, ale był jakiś taki „niewyględny”, mały, drobny, chudy. Tu patrzę: wielkie rozrośnięte konisko, a ruch wciąż ten sam. – Zabieram go, to będzie mój koń – oznajmiłam gospodarzom licząc, może naiwnie, że nie będą mieli nic przeciw, jako że nigdy mi niczego nie odmówili. Emol jeszcze tego samego dnia znalazł się w Jagodnem, a od następnego prowadziłam z nim codzienne ujeżdżeniowe treningi. Wiele dały mi konsultacje z Anną Piasecką i trenerami zagranicznymi Ullą Salzgeber i Robertem Zandvoort`em. To w dużej mierze dzięki nim zaczęliśmy z Emolem odnosić sukcesy; największe w ubiegłym roku: srebrny medal w Halowym Pucharze Polski, a w Małej Rundzie na zawodach międzynarodowych wyniki powyżej 68 procent. Mam więc powody do satysfakcji. Nie ukrywam, że liczyłam też na złoty medal w Mistrzostwach Polski Młodych Koni, ale się nie udało, bo Emol, okaz spokoju, skrajne przeciwieństwo klaczy, na której skakałam w „Dworku”, zaczął niespodziewanie wariować, brykać i to już na rozprężalni. Nie miałam pojęcia, co się stało. Ledwie dałam sobie z nim radę: ja taka drobna, on taki kolos. Dopiero w trakcie rundy honorowej Jarosław Wierzchowski zwrócił uwagę, że Emolowi wszedł w odbyt pukiel ogonowych włosów, co doprowadzało go do furii.
Ubiegły sezon był znakomity dla Natalii Kozłowskiej nie tylko jako zawodniczki, ale i trenerki. Oto bowiem Tomasz Zdańkowski

TOMASZ ZDAŃKOWSKI; FOTO: JACEK KOWAL

reprezentujący barwy Stowarzyszenia Hippoland, a na co dzień jeżdżący pod jej palcatem w JKS Jagodne, zdobył złoty medal w Pierwszym Halowym Pucharze Polski w Paraujeżdżeniu

Podjęłam się trenowania Tomka w 2011 roku. Znakomity chłopak. Zdolny i pracowity. Nigdy nie ma dość, najchętniej siedziałby na koniu nawet w nocy. Na początku starałam się go bardzo oszczędzać. Dopiero kurs w Niemczech uświadomił mi, ile można wymagać od niepełnosprawnego zawodnika. Oni dają z siebie więcej, są niezmordowani i zdolni wykonać niemal każde ćwiczenie. Jeden warunek: muszą mieć znakomicie przygotowanego konia. Na Zachodzie jeźdźcy niepełnosprawni dosiadają nierzadko wierzchowców klasy Grand Prix; u nas to się nie zdarza. W myśl pierwotnych ustaleń z prezes Hippolandu, Jagodą Maciaszek, miałam więc przede wszystkim szkolić wierzchowca. Trzy miesiące poświęcałam się wyłącznie temu, jako że Tomek uległ poważnemu wypadkowi. Pojechał do innej stajni, wybrał się w teren i spadł. Nie tylko dotkliwie potłukł, ale się połamał. Przeszedł dwie skomplikowane operacje. Byłam jednak pewna, że gdy się wykuruje i nabierze sił, zaraz do mnie wróci. Tak też się stało. Od tego momentu postępy w przygotowaniach do HPP szły błyskawicznie. 

TRENERKA I ZAWODNIK: NATALIA KOZŁOWSKA Z TOMASZEM ZDAŃKOWSKIM, ZŁOTYM MEDALISTĄ HPP W PARAUJEŻDŻENIU; FOTO: JOLANTA ZDAŃKOWSKA

Poradziliśmy sobie nawet z odpornością psychiczną – wcześniej gubiła Tomka na zawodach trema, dziś umie ją pokonywać. Pozostał inny problem. Otóż koń, którego dosiada – Rimel – nie znosi… kwiatków na czworoboku, a organizatorzy jak na złość, dekorują nimi ujeżdżalnie. Im więcej roślin, tym więcej nerwów. A na domiar złego, jak jeszcze powieje i  kwiatki się poruszą, to może być niebezpiecznie. Np. na zawodach regionalnych, Tomek o mało nie rozstał się z koniem; przed międzynarodowymi w Mediolanie żartowaliśmy więc, że na wszelki wypadek trzeba nocą ogołocić czworobok z irytujących zwierzę ozdób. Sumienie jednak nie pozwoliło nam na tak radykalny krok – uśmiecha się Natalia. – Sporo w każdym razie jeszcze przed nami pracy polegającej m.in. na wspólnym z Rimelem wąchaniu kwiatków.

A jak już konisko przestanie bać się roślinnych rekwizytów, droga do kolejnych sukcesów okaże się pewniejsza. W planach Paraolimpiada w Rio de Janeiro. Natalia natomiast przygotowuje się do startów w Dużej Rundzie… Ważne, że nie jest zależna od jednego konia. Poza Emolem, dysponuje kilkoma młodymi, zarazem utalentowanymi wierzchowcami, przede wszystkim Kabaretem ”J”, o którym w niedalekiej przyszłości zapewne usłyszymy. Ma więc wybór.

NATALIA KOZŁOWSKA; FOTO: FAPA-PRESS

Kiedy zaczynała jeździecką przygodę, wyboru nie miała żadnego, bo… w ubiegłym stuleciu, niełatwo było znaleźć miejsce, gdzie można by uczyć się jeździectwa. W wieku 10 lat trafiła do podwarszawskiego ośrodka, którego nazwy nie chce nawet sobie przypominać. Spędziła tam pięć lat obcując z końmi karmionymi spleśniałym chlebem i zgniłymi burakami, końmi, na których ciele widniały rany od pogryzień współtowarzyszy, a przede wszystkim od śmieci porozrzucanych po całym terenie ośrodka oraz niebezpiecznych fragmentów rozmaitych urządzeń. Zdumiewające, że po tak drastycznych doświadczeniach nie odstawiła koni ad acta. Przeciwnie, robiła wszystko, by przebywać z nimi dzień w dzień. Nie było to łatwe, bo przecież sport to kosztowny – jak się nie ma środków, trzeba zakasać rękawy i harując w stajni zarabiać na jazdy. Niełatwe też, gdy brakuje wsparcia najbliższych.
Moi rodzice nie rozumieli tej pasji, liczyli, że wyrosnę z koni. Nie wyrosłam, związałam się z nimi całe życie!
Piotr Dzięciołowski

PS. O Ireneuszu Kozłowskim, mężu Natalii, pisaliśmy kilka tygodni temu w tekście:
„On na koźle; strażacy na tarczy” ( http://hejnakon.pl/?p=3213 ).

    Print       Email

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.