Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

A MACIEJ FALKIEWICZ O TYM NIE WIE

Joanna Łukaszuk ma 21 lat, od piątego roku życia każdą wolną chwilę spędza z końmi. Jest instruktorką jeździectwa, współpracuje ze stajnią wyścigową Stadniny w Janowie Podlaskim; […]

Joanna Łukaszuk ma 21 lat, od piątego roku życia każdą wolną chwilę spędza z końmi. Jest instruktorką jeździectwa, współpracuje ze stajnią wyścigową Stadniny w Janowie Podlaskim; gros czasu poświęca wierzchowcom w gospodarstwie agroturystycznym „Przy stadninie w dolinie Bugu”.

Nie raz, nie dwa przyglądała się słynnym Janowskim Pokazom Koni Arabskich. Z otwartą buzią śledziła, jak z lekkością galopowały po ringu albo stawały w bezruchu jak zaczarowane; gdy wyciągały majestatycznie szyje albo dumnie podnosiły głowy i ogony. Obserwowała też prezentujących je masztalerzy. Nie zdawała sobie sprawy, jaki dźwigają bagaż umiejętności praktycznych i teoretycznych. Nie miała też pojęcia, jak intensywny trening muszą przejść konie, nim nauczą się zachwycać sędziów, publiczność i potencjalnych nabywców. Przekonała się dopiero, gdy jej samej przyszło przygotowywać do pokazu Soneta, araba prywatnej hodowli (syna słynnego Pegasusa). Ledwie zaczęła z nim pracować, a już zorientowała się, że sama nie podoła, że to, co z pozoru wydawało się takie proste, prostym nie jest. O pomoc zwróciła się do Andrzeja Siekluckiego, masztalerza specjalizującego się w profesjonalnym treningu koni pokazowych. Korepetycje pozwoliły jej samodzielnie, choć z tremą, wkroczyć na ring. Sonet zajął na jesiennym pokazie 2012 roku siódmą lokatę.

SONET W TRENINGU PRZED POKAZEM; FOTO: AGNIESZKA MARCYNIUK

To nasz wielki sukces; mój i konia – komentuje Joanna. – Potrafiłam wzbudzić jego zaufanie, przekonać do siebie, sprawić że „cały” koń – psychicznie i fizycznie –  poddał mi się, choć przecież nie stosowałam przemocy. Byłam przeszczęśliwa.
Powody do zadowolenia miał też, a może przede wszystkim, właściciel araba, Ireneusz Żmudziński-Caruk, który nieopodal Stadniny, w gospodarstwie agroturystycznym „Przy stadninie w dolinie Bugu”, hoduje niewielkie stado. Hoduje je wraz z żoną Czesławą dzięki namowom swojej córki Klaudii oraz właśnie Joanny – przyjaciółek, które już jako kilkunastolatki postulowały rozszerzenie zakresu usług turystycznych o rekreację jeździecką. Gospodarze początkowo niechętni pomysłowi, bo jak mówili: koni w Janowie już wystarczy, siedem lat temu w końcu dali się przekonać. Mało tego, Ireneusz Żmudziński-Caruk, tak się zaraził pasją, że sam zaczął dosiadać koni; zaliczył nawet kurs instruktorski.

JOANNA ŁUKASZUK I IRENEUSZ ŻMUDZIŃSKI-CARUK; FOTO: AGNIESZKA MARCYNIUK

W stajni obok Soneta stoi jeszcze pięć jego wierzchowców (trakeny, kuce szetlandzkie) oraz kilka należących do fundacji: „Zwierzęta Eulalii”, „Tara” i „Pegasus”. W doglądaniu ich pomaga Joanna, która mieszka vis a vis i każdą wolną chwilę im poświęca. Sprząta, karmi, czyści, trenuje, prowadzi jazdy, wspólnie z właścicielem przygotowuje trakeny do pracy w zaprzęgu. Czasem wpada późnym wieczorem albo i nocą, by po całym dniu spędzonym na uczelni, choć chwilę pobyć w  towarzystwie swoich podopiecznych. Nie umie bez nich żyć. Już martwi się na zapas, że za rok, gdy skończy studia, przyjdzie taki moment, iż będzie musiała się z nimi rozstać, bo mało prawdopodobne, by w Janowie znalazła pracę. Ma pomysł, by zaciągnąć się do policji konnej w stolicy, co zresztą korespondowałoby z kierunkiem jej nauki na wydziale Bezpieczeństwo Narodowe, ale czy w oddziale będzie akurat wakat, kto to dziś może wiedzieć.
Z łezką w oku będę też wspominać sezonową współpracę ze Stadniną, do której trafiłam za sprawą jednego z moich nauczycieli, Artura Bieńkowskiego. To dzięki niemu dosiadam ogierów czołowych, zajeżdżam i trenuję tamtejsze konie wyścigowe. Raz nawet wzięłam udział w Gonitwie o Puchar Prezesa. Wygrałam! Pamiętam, że Artur cały czas krzyczał, bym się wycofała, bo nie mam szans. Nie wycofałam i pokonałam nauczyciela! To jest dopiero coś – żartuje Joanna.

TRENING WYŚCIGOWY; FOTO Z ARCHIWUM DOMOWEGO JŁ.

W stajni wyścigowej zaczęła jeździć mając zaledwie 15 lat. Wtedy nie zdawała sobie sprawy z ryzyka, jakie niesie ze sobą praca z dzikim koniem. Wyzwaniem było już samo siodłanie zwierzaka nieprzyzwyczajonego do jakiegokolwiek bagażu na grzbiecie, a co dopiero zajeżdżanie i cotygodniowy cwał nie różniący się niczym od tego na torze. Araby trenowała pod okiem fachowców, m.in. Darii Gutowskiej oraz doświadczonych dżokejów. Bywało jednak, że spadała nawet trzy razy w trakcie jednego treningu; szczęśliwie kończyło się na siniakach.
Kiedy zaczynałam przygodę w stajni wyścigowej, nie czułam żadnego lęku. Dziś zdaję sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji. Świadomość niebezpieczeństwa sprawia, że jestem bardziej spięta, ale też bardziej uważna, zwłaszcza iż konie różnie się zachowują, czasem nawet agresywnie, co jednak nie wpływa negatywnie na mój stosunek do nich. Jasne, jedne lubię bardziej inne mniej, ale żadne nie są mi obojętne. Najgorsze, że do niektórych bardzo się przywiązuję, a z czasem, gdy opuszczają stadninę, płaczę za nimi jak bóbr (boberka). Tak, tak – wiem, że nie wolno angażować się w przyjaźń z nie swoim koniem, ale to tylko teoria.
Nie wszystkie wierzchowce, z którymi bratała się, a których nie ma już w Janowie, mieszkały w Stadninie. Część należała do żyjącego w miasteczku, wybitnego artysty malarza Macieja Falkiewicza.

MACIEJ FALKIEWICZ – WINNY JEŹDZIECKIEJ PASJI JOANNY; FOTO: FAPA-PRESS

To on zresztą jest „winny” jeździeckiej pasji Joasi. Miała zaledwie 5 lat, gdy zaczęła bywać – za zgodą rodziców – w jego stajni zlokalizowanej przy tej samej ulicy, przy której mieszkała. Był jej pierwszym nauczycielem. Przychodziła dzień w dzień i wykonywała drobne prace porządkowe, z czasem coraz poważniejsze. Zajmowała się stadem – albo tym przydomowym, albo tym w Kajetance oddalonej od miasteczka 8 kilometrów. Bywało, że nie zważając na pogodę szła sama przez las, tylko po to, by choć chwilę pobyć w stajni. Sama albo z siostrą Kasią, ewentualnie koleżankami. Wszystkie nieraz towarzyszyły malarzowi w wyprawach po siano i słomę, myły i obierały marchew, sprzątały boksy.

Jako ośmioletnia dziewczynka poiłam konie z wiader, chyba większych ode mnie (śmiech), ale dawałam radę. Zdarzało się, że konie pokonywały ogrodzenie i pędziły na miasto w pobliże stadionu, gdzie rosła najsmaczniejsza trawa. Ganiałyśmy je wtedy, by sprowadzić do stajni. To musiało komicznie wyglądać: stado koni a z nim kilka małych dziewczynek. Kiedyś, miałam wtedy około dziewięciu lat, pan Maciej gdzieś pojechał, a ja zostałam w stajni, by pilnować porządku. Po dziś dzień nie wie, co wtedy zrobiłam: osiodłałam Kacpra i pojechałam w teren. Koń w drodze strzelił z zadu, a ja wylądowałam na ziemi. Zatrzymał się i patrzył na mnie z takim politowaniem, że aż mi było wstyd. Na szczęście pozwolił się dosiąść i wróciliśmy do domu. Tak sobie myślę, co by było, gdyby ta przygoda zakończyła się inaczej i pan Maciej o wszystkim by się dowiedział. Zapewne straciłby do mnie zaufanie i nie pozwolił bywać w stajni . Co bym wówczas poczęła – nie mam pojęcia, zwłaszcza że życia bez koni zupełnie sobie nie wyobrażam.

Piotr Dzięciołowski

    Print       Email

3 odpowiedzi na “A MACIEJ FALKIEWICZ O TYM NIE WIE”

  1. Klaudia pisze:

    Asiu oby tak zostało! Nie spadaj z koni i jedź dalej !!

  2. Ania pisze:

    Gdzie Asia jest jak dzwonię do niej? oczywiście w…. STAJNI :))

  3. Elżbieta pisze:

    Podobnie było i ze mną. Nie miałam szczęścia do tak wybitnych wierzchowców i postaci,ale coś nas łączy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.