Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

Układacz koni

Nawet gdyby miał własnego wierzchowca, to i tak nie znalazłby czasu, by systematycznie na nim jeździć. Dzień w dzień dosiada cudzych koni i sprawia, że ich właściciele czują się na nich bezpiecznie.

Wystarczyło, że raz pojechał na święto Pułku Ułanów Zasławskich a połknął bakcyla i został członkiem grupy kultywującej tradycje tej przedwojennej formacji kawaleryjskiej. To było dziesięć lat temu. Jarosław Żmuda z Tumanka (mazowieckie) liczył wówczas zaledwie 16 i już wtedy konie były w jego życiu najważniejsze. Skąd wzięła się hipiczna pasja – nie potrafi odpowiedzieć. Wspomina tylko, że od kiedy pamięta, ciągnęło go do koni, a miał ich do wyboru, do koloru w sąsiednich gospodarstwach. Nie wiemy, czy gospodarze, których nawiedzał cieszyli się z faktu, że dzieciak przesiaduje u nich w stajniach i na pastwiskach długie godziny; on w każdym razie był w siódmym niebie. Z czasem udało mu się przekonać właścicieli koni, by pozwolili pojeździć na oklep.

Kto wie, jak potoczyłyby się hipiczne losy Jarka, gdyby jako kilkunastolatek, nie poznał Marcina Gonerki, pasjonata jeździectwa, który udostępnił mu swoje konie pod siodłem, nauczył nie tylko anglezować, wysiadywać kłus czy galopować, ale posługiwać się kopystką i szczotą. Pod okiem starszego kolegi, Jarek coraz lepiej radził sobie na końskim grzbiecie; w końcu osiągnął taką wprawę, że z powodzeniem zaczął prezentować się na pokazach westernowych, a przede wszystkim kawaleryjskich. Wymachiwanie szabelką i lancą nie straszne mu tak samo, jak wielokilometrowe rajdy. Zdarzyło mu się spędzić w siodle dziewięć godzin. Co prawda ostatnią wiercił się… niczym uczeń czekający na dzwonek, ale wytrwał.  W trakcie jednej z wędrówek  miał nie lada przygodę: przeprawiając się wierzchem przez rzekę, młody wierzchowiec, którego dosiadał, czegoś się wystarczył i wpadli do wody. Zanurkowali głęboko, ale on nawet na moment nie zsunął się z siodła.
Umiejętności jeździeckie, a także zaliczony kurs powożenia u Romana Kusza, wykorzystuje do przygotowywania obcych koni pod siodło, do bryczek i wozów. Jedne udaje mu się okiełznać w dwa tygodnie, inne potrafią być bardzo oporne; wymagają kilkumiesięcznych treningów. Tak było na przykład z klaczą Żanety Suchty, studentki weterynarii. Zadzwoniła do niego przed czterema laty z prośbą o pomoc. Przyjechał, wsiadł i… poszybował w niebo. Koń był tak trudny i rozpieszczony, że musiał odwiedzać go tygodniami. Siłą rzeczy odwiedzał też właścicielkę. Dziś są parą.

– Jeśli ktoś myśli, że Żanetę szybciej obłaskawiłem niż jej klacz, jest w błędzie. Obie mają identyczne charaktery. Nie lubią, gdy się od  nich wymaga. Różnica oczywiście w reakcjach: jedna krzyczy, druga staje dęba…

Jarosław Żmuda spełnił już część swoich marzeń: ma narzeczoną amazonkę, spędza czas z końmi, w tym m.in. z trójką własnych, zimnokrwistych, których używa do pracy w polu i bryczki. Zimą zaprzęga je do sań i organizuje turystom kuligi. Do pełni szczęście brakuje mu już chyba tylko stajni pełnej wierzchowców. Zważywszy, że ma dopiero 26 lat, zapewne i to pragnienie wkrótce zrealizuje. Trzymamy kciuki /pd/
Zdjęcia: FAPA-PRESS

    Print       Email

2 Odpowiedzi na “Układacz koni”

  1. powierza123 pisze:

    ja to zastępca wujka wrazie czego :) :) :) :)

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.