Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

MASZ KONIA? ON MA CZTERYSTA!

Zaczęło się ćwierć wieku temu od mlecznych krów; konie pojawiły się później: najpierw dwa, potem cztery, sześć… Dziś Marek Serafin ze Szczycienka, gmina Ostrowice, jest właścicielem największego dzikiego stada koni w Europie…

 

MAREK SERAFIN; foto: FAPA-PRESS

Zaczęło się ćwierć wieku temu od mlecznych krów; konie pojawiły się później: najpierw dwa, potem cztery, sześć… Dziś Marek Serafin ze Szczycienka, gmina Ostrowice, jest właścicielem największego dzikiego stada koni w Europie; prowadzi też ekologiczne gospodarstwo agroturystyczne „Ul”.

Ależ to był cwał, choć nic nie zapowiadało, że Topola rozwinie taką prędkość. Szła równym kłusem i zapewne dotarłaby nim do samej stajni, gdyby nie napotkany w drodze, wielki jak szafa, zimnokrwisty wałach z sąsiedniego gospodarstwa. Ten, gdy zobaczył urodziwą hanowerską klacz pod Markiem Serafinem, urwał się z łańcucha i co sił ruszył za nimi. Zestresowana Topola z chwili na chwilę przyspieszała. Wtem na trasie wyrósł, jak spod ziemi, nasyp kolejowy. Topola zamiast przejść na jego drugą stronę, niespodziewanie skręciła i popędziła torowiskiem. Intruz zrobił to samo, ale wtedy galop przerodził się w gonitwę mrożącą krew w żyłach. Wałach nie dość, że gnał jak oszalały, to na dodatek okropnie hałasował. Przytroczona bowiem do jego nogi żelazna kula mająca w założeniu uniemożliwić mu ucieczkę, majtała się na wszystkie strony uderzając w szyny  i powodując taki hurgot, że oba konie wpadły w histerię. Topola poniosła.

Żadna siła nie była w stanie jej zatrzymać – wspomina przygodę sprzed piętnastu lat Marek Serafin. – Byłem przerażony, nie mogłem nic zrobić, a przecież, jakby nie daj Boże jechał pociąg, to zapewne już nie ja bym tę historyjkę opowiadał, tylko przygodni gapie, którzy widząc nas zmierzających po torach do najbliższej stacyjki, pukali się w czoło. Najważniejsze, że nic się nie stało, że na miejsce dotarliśmy bez szwanku, choć zmordowani fizycznie i psychicznie. Razem z nami przybiegł wałach, a chwilę później, jego właściciel. Odetchnął z ulgą, bo myślał, że ktoś mu konia ukradł.

O Topoli pan Marek może opowiadać bez końca.

MAREK SERAFIN; foto FAPA-PRESS

Była niesamowita, nieprzeciętnie mądra i darzyła mnie wyjątkowym zaufaniem. Kiedy któregoś razu obleciał ją strach przed pokonaniem wpław niewielkiej rzeczki, zostawiłem ją na brzegu i sam zanurzyłem się po kolana. A że byłem spragniony, pochyliłem się nad lustrem wody i zacząłem pić. Po minucie, może dwóch Topola dobiła do mnie i piliśmy razem. Twarz w twarz albo jak kto woli: twarz w pysk . Po chwili, już bez przeszkód, przeprawiliśmy się na drugi brzeg.

Klacz najbezpieczniej czuła się w towarzystwie swojego pana; nie lubiła rozstań.

–  Pamiętam, jak podczas wakacji wysłałem ją do pracy na kolonie dla dzieci. Kiedy pojechałem do niej po miesiącu, obwąchiwała mnie jak pies; od stóp po czubek głowy, jakby nie mogła uwierzyć, że to naprawdę ja. A kiedy uwierzyła, z jej oczu popłynęły łzy. Tak, tak. Zaraz mi ktoś powie, że fantazjuję. Nic podobnego.  Mam świadków, że nie zmyślam.

Topola była pierwszą klaczą Marka Serafina, której dosiadał jako dorosły człowiek i na której doskonalił jeździeckie umiejętności. Co prawda, kiedy ją kupował, miał już stado kilku klaczy szlachetnej półkrwi, tyle że żadna nie była jeszcze zajeżdżona.

W dzikim stadzie w Szczycienku; foto: FAPA-PRESS

– Pomysł na konie nie zrodził się przypadkiem. Hodowałem krowy, przeszło dwieście sztuk. Wymyśliłem więc, że zamiast przeganiać je do wodopoju na piechotę, kupię sobie ze dwa wierzchowce do roboty, i jak na farmera przystało, będę bydło przeprowadzał w siodle. Ale kiedy kupiłem dwa konie, pomyślałem, że to mało,  że mam warunki na więcej. Kupiłem więc następne dwa i kolejne…

Pierwsze dwuletnie klacze pochodziły ze Stadniny Koni w Nowielicach. Na starcie bardzo pomógł Serafinowi ówczesny dyrektor SK Kazimierz Bobik.

– Jak się dowiedział, że mam sporo ziemi, to doradził mi tzw. wolny chów. – Na stajnię wystarczy – mówił – byle jaki kurnik, żeby tylko konie mogły skryć się przed słońcem, wiatrem, deszczem, a tak niech całe dnie i noce spędzają na polach. Posłuchałem się, zwłaszcza że sporo już wiedziałem o zaletach naturalnego chowu zwierząt obserwując moje krowy. Którejś zimy nie sprowadziłem ich z pastwiska do obory. To nie był kaprys czy lenistwo. Miałem w gospodarstwie poważne kłopoty z wodą; ledwie starczało na solidną kąpiel dla mnie, a co dopiero na pojenie kilkuset sztuk bydła. Na łonie natury krowy miały dostęp do źródła, a jak nawet zamarzało przy bardzo niskiej temperaturze, to łatwiej mi było wiercić przeręble niż transportować wodę do poideł w oborze. A efekt mnie zaskoczył: krowy na wiosnę były w lepszej formie, niż gdy trzymałem je pod dachem.

Nieopłacalność produkcji mleka w latach dziewięćdziesiątych sprawiła, że ranczer zaczął stopniowo zmieniać profil gospodarstwa: mniej krów mlecznych, więcej mięsnych. Z czasem w ogóle zrezygnował z bydła (zostawił kilka sztuk na własne potrzeby) coraz bardziej koncentrując się na hodowli koni. Początkowo myślał wyłącznie o stadzie gorącokrwistym, wydzierżawił nawet ogiera ze Stada w Łobzie i puścił go do wolno żyjących klaczy.

– Dowiedzieli się o tym w Łobzie i rozpętało się piekło. Z dnia na dzień zabrali mi ogiera za krycie tabunowe argumentując, że konie mogą się pozabijać, że to skrajna lekkomyślność i nieodpowiedzialność z mojej strony. Nie do końca zgadzałem się z tymi zarzutami, ale przyznaję, że ryzyko rzeczywiście istniało. Wyposzczony ogier żyjący w zamknięciu, na wolności dostaje małpiego rozumu. Gania klacze, jak opętany. One uciekają, przewracają się ze zmęczenia i do niczego nie dochodzi. Inaczej, gdy ogier jest w stadzie na co dzień. Kupiłem więc sobie jednego na własność i nie musiałem już przejmować się tym, co kto gada. Na świat zaczęły przychodzić źrebaki a życie toczyło się i toczy, jak tego pragnąłem: w zgodzie z prawami natury. Konie są dzikie, choć doskonale znają mnie z widzenia. W końcu to ja zimą wrzucam im na łąki bele siana, to ja kręcę się przy ogrodzeniu i sprawdzam czy np. w pastuchu płynie prąd…

Równolegle ze stadem szlachetnych koni, Serafin zaczął budować stado zimnokrwiste. Najprawdopodobniej istniałyby dziś dwa niezależne, gdyby nie trudności finansowe, jakie dopadły gospodarza w połowie lat dziewięćdziesiątych. Dolarów, których sporo zarobił pracując przy kryciu dachów w Chicago, nie dość, że szybko ubywało, to jak na złość traciły na wartości. Hodowca musiał więc zmniejszyć zatrudnienie i przejąć na siebie obowiązek doglądania koni. Ażeby podołać wyzwaniu, oba stada połączył tworząc przy okazji bliżej nieokreśloną rasę, za to zdrową i znakomicie spisującą się pod jeźdźcami rekreacyjnymi.

MAREK SERAFIN wśród dzikich ogierów; foto: FAPA-PRESS

Dwa razy do roku odławia kilka dzikich młodych koni, które następnie są zajeżdżane na potrzeby jego gospodarstwa agroturystycznego „Ul” lub na sprzedaż. Od czterech lat obłaskawiania wierzchowców podejmują się słuchacze Szkoły Jeździectwa Naturalnego Bez Tajemnic pod bacznym okiem jej szefa Andrzeja Makacewicza. Po trzech dniach, a zdarza się, że nawet po dwóch, konie dają się dosiąść. Kapitalną przygodą jest nie tylko przygotowywanie ich do przyjęcia siodła, ale też poprzedzające tę pracę, przepędzanie koni z pastwisk na teren ośrodka. W dziesięciu – dwunastu jeźdźców przeprowadzają od kilku do kilkunastu dzikich koni trasą długości paru kilometrów. Zajmuje im to przeważnie parę godzin.

– Za każdym razem, gdy Andrzej przyjeżdża ze swoją ekipą na spęd, uśmiecham się pod nosem, bo od razu przypominam sobie, co ja przeżywałem przeprowadzając zaledwie z jednym pracownikiem sto koni i dwieście sztuk bydła na odcinku piętnastu kilometrów. Kiedy ruszyliśmy polami, żaden z nas nie zdawał sobie sprawy, co się wydarzy. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, przypominało obraz z niejednego westernu, ale gdy wjechaliśmy w las, zaczął się horror. Zwierzęta rozchodziły się na wszystkie strony: konie galopem, a krowy i cielaki spacerkiem. Co zagoniliśmy stado z prawej, rozpierzchło się z lewej. Jak zapanowaliśmy z lewej, to okazywało się, że zwiały z prawej. Kosztowało nas to czternaście godzin w siodle. Męka nie do opisania, choć jest co wspominać. Gdyby ktoś mnie wcześniej zapytał, czy dałbym radę tyle czasu wysiedzieć w siodle, odpowiedziałbym zdecydowanie, że nie. A jednak dałem, i w co również bym nie uwierzył, konie pod siodłem też podołały.

Marek Serafin nigdy nie uczył się roli kowboja, który miałby za zadanie przepędzać stado. Jego zdaniem ludzie wychowywani wśród zwierząt, tak jak on, mają te umiejętności we krwi. Potrafią czytać zachowania stadne i w zależności od sytuacji reagować.

– Od zawsze mieszkałem na wsi, przez 19 lat na południu Polski między Krakowem a Tarnowem. To tam zainteresował mnie końmi dziadek. Każdej wolnej chwili pozwalał mi jeździć na oklep; z czasem w siodle. Od zawsze więc wiedziałem, że prędzej czy później moje drogi z końmi się zejdą.

Na spędzie dzikich koni; foto: FAPA-PRESS

Po powrocie z USA postanowił zostać rolnikiem. Dwa lata szukał gospodarstwa, w którym mógłby realizować swoje hodowlane i agroturystyczne plany. Znalazł je w malowniczo położonym Szczycienku niedaleko Drawska i Połczyna Zdroju. Kupił tam 30 hektarów, szybko zaczął powiększać areał. Dziś ma hektarów 1300 a na nich prawie 400 koni, w tym m.in. kilkadziesiąt kucyków dla dzieci. Najmłodsi nie tylko ich dosiadają, ale dzięki instruktorom JNBT poznają podczas wakacji naturalne metody obcowania z końmi, uczą się języka mowy ciała.

Markowi Serafinowi marzy się stworzenie największego w kraju ośrodka jeździeckiego. Warunki ku temu są, a koni tyle, że warto, by nie tylko cieszyły oko w dzikim stadzie, ale też nosiły na grzbietach chętnych do zdobywania szlifów jeździeckich. Plany ma Serafin na lata: po pierwsze zatrudnić sporą grupę instruktorów z wysokiej półki, którzy będą dawać lekcje jazdy, ale też zajeżdżać młode konie i pracować z nimi metodami naturalnymi; po drugie wyspecjalizować się w organizacji rajdów w siodle, które zresztą już prowadzi. Tereny rzeczywiście przepiękne i różnorodne. Warto się tam wybrać nawet przejazdem, ale ze świadomością, że kto raz tam zawita, będzie wracał niczym bumerang.

Piotr Dzięciołowski

 

    Print       Email

5 odpowiedzi na “MASZ KONIA? ON MA CZTERYSTA!”

  1. Ewelina pisze:

    Powodzenia Marku!!

  2. andrzej M pisze:

    Marek coś w tym kraju potrafiłeś osiągnąć Brawo””Przepiękne konie

  3. Margie Shears pisze:

    Hello Marek, These are very beautiful horses.
    I have been looking for a wall hanging of a horse herd, and would love a picture of your herd.
    How do I go about getting one of these? I am in New Zealand..

    I would like one of each of these Please;
    In the wild herd in Szczycienek; photo: FAPA-PRESS
    MAREK SERAFIN among wild stallions; photo: FAPA-PRESS

    Thank you
    Margie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.