Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

MIANUJĘ PANA ROTMISTRZEM!

 

TADEUSZ JACOBSON; FOTO Z ARCHIWUM DOMOWEGO S.J.

Nie znosił komunistów; nie przykładał się do nauki; kochał konie i kobiety; uwielbiał malować i rysować, grał na skrzypcach. Był facetem z krwi i kości, miał zalety, miał wady. Trafnie określił go Krzysztof Zanussi: typ awanturniczy – opowiada o swoim ojcu, rotmistrzu Tadeuszu Jacobsonie (1902-1978), syn Stefan.

Ułan bez konia, to jak żołnierz bez karabinu. Kiedy kawalerzysta traci na froncie wierzchowca, musi postarać się o kolejnego. Zdobywa go na wrogu albo na swoim, tyle że np. z innego pułku. Rotmistrz Tadeusz Jacobson znał sztuczkę, która gwarantowała, że koń w ułamku sekundy zmieniał właściciela. Trzeba było tylko odwrócić uwagę żołnierza siedzącego w siodle, pchnąć go pod odpowiednim kątem i z odpowiednią siłą w kolano w górę i do tyłu – wierzchowiec strzelał wtedy z grzbietu, a jeździec lądował gdzieś parę metrów dalej. Kiedy wstawał, konia już nie było…

TADEUSZ JACOBSON KONNO; FOTO Z ARCHIWUM DOMOWEGO S.J.

Pewien oficer polityczny – mówi Stefan Jacobson –  nudził mojego ojca, by ten wyjawił mu, jak to się tego jeźdźca z konia zrzucało. Tata za każdym razem obiecywał, że kiedyś mu pokaże. To „kiedyś” przypadło na dzień podeszczowy. Na ujeżdżalni nie było kawałka suchego miejsca, wszędzie woda i błoto. Jak na zamówienie! Oficer przyjechał do stajni w galowym mundurze, w towarzystwie pięknej panienki. Dosiadł energicznie wierzchowca i zaczął się popisywać. Kiedy na moment przystanął, tata podszedł, coś tam mu szepnął, po czym pchnął go w kolano. Ten poszybował, a gdy spadł, zerwał się rozwścieczony, umorusany od stóp do głów i rzucił na ojca z pięściami. Niewiele brakowało, a sięgnąłby po broń, ale wtedy tata spokojnym tonem rzekł: panie kapitanie, przecież sam pan mnie prosił. Politruk zmył się bez słowa, a ojciec miał nie lada satysfakcję, że zrobił mu psikusa i to nawet większego niż zamierzał. Otóż oficer już nigdy więcej w stajni się nie pokazał; pokazywała się natomiast, i to nader często, jego piękna panienka odwiedzając Rotmistrza nie tylko w celach hipicznych.

WANDA WĄSOWSKA TEŻ JEŹDZIŁA W ZOO POD PALCATEM ROTMISTRZA; FOTO Z ARCHIWUM S.J.

W stajniach prowadzonych po wojnie przez Tadeusza Jacobsona, m.in. na terenie warszawskiego ZOO, oficerowie polityczni w roli jeźdźców pokazywali się rzadko, jeśli już, to po to, by węszyć, kto z kim przystaje, kto oddaje się obrzydliwemu, burżuazyjnemu sportowi. Nawet miłość do koni mogła być w owym czasie hakiem na człowieka. Nie wszyscy rzecz jasna się tym przejmowali. Pod palcatem Rotmistrza trenowały postaci, które dziś zna każdy. Wymieńmy choćby Annę Dębską – rzeźbiarkę; Wandę Wąsowską – pierwszą damę polskiego jeździectwa; Andrzeja Grzybowskiego – rysownika, architekta, aktora; prof. Ludwika Maciąga – malarza; Krzysztofa Zanussiego, reżysera, scenarzystę… jedynego w towarzystwie, który miał prawdziwe buty oficerskie i wszyscy mu tych butów zazdrościli.
W ogrodzie zoologicznym pod parasolem Ludowego Klubu Sportowego dosiadali koni, które nie nadawały się już ani dla wojska, ani do sportu, a które Rotmistrzowi udało się ocalić od rzeźni. Stąd imiona wierzchowców: Kotlet czy Sznycel. Ze Sznyclem, przewracającym się nie wiadomo kiedy i dlaczego, musiała przyjaźnić się Anna Dębska. Za karę!
Babiarz był z niego (z Rotmistrza – przyp. PD) wyjątkowego kalibru – wspominała na łamach „Konia Polskiego”. – Jak mu która nie dała przynajmniej buzi, to odwdzięczał się przydziałem kiepskiego konia. Ja nie dawałam.
Na tych dalekich od doskonałości wierzchowcach z odzysku, klubowicze jeździli na kilkudniowe rajdy, można ich było też spotkać na ulicach Warszawy… nawet z okazji Święta Pracy. Konny udział w pochodzie wymyślił Andrzej Grzybowski, który w „Trybunie Ludu” natknął się na artykuł informujący, iż 1 maja ma być świętem młodzieży, sportu i dobrze, by było, gdyby w oddzielnych reprezentacjach przemaszerowali przedstawiciele rozmaitych klubów. Ledwie przeczytał, a już był u rtm. Jacobsona, by ustalić zasady, na jakich członkowie sekcji jeździeckiej mogliby konno uczestniczyć w pochodzie. Rotmistrz wszystkiego się dowiedział, załatwił, co trzeba było załatwić, a dalszy ciąg tej majowej przygody, znany jest z filmu Cwał Krzysztofa Zanussiego. Konie napaskudziły w odświętnej kolumnie, koniarze nie chcieli sprzątnąć, Rotmistrz ze swym niewybrednym słownictwem i nieukrywaną niechęcią do władzy ludowej nawymyślał służbom porządkowym i na tym zakończyła się pierwszomajowa manifestacja jeźdźców. Cud, że władze nie rozwiązały Klubu. Uczyniono to jednak niedługo później, gdy kilkunastu konnych wybrało się na niedzielny spacer po stolicy. Zastęp prowadził Jacobson na Bagnecie należącym niegdyś do marszałka Konstantego Rokossowskiego. W Al. Ujazdowskich moc warszawiaków. W pewnym momencie rozległy się okrzyki: burżuje, koni im się zachciało!!! Poleciały kamienie. Spłoszone wierzchowce ruszyły przed siebie, akurat w stronę Al. Szucha, gdzie zlokalizowany był urząd bezpieczeństwa. Rozeszły się plotki, że to partyzanci próbują zdobyć siedzibę bezpieki. Po tymże zdarzeniu koniarze dostali zakaz przejażdżek po Warszawie, bezpieka przeprowadziła też weryfikacją jeźdźców.

RYCINA KAROLA KOSSAKA STWORZONA WEDŁUG RYSUNKU TADEUSZA JACOBSONA

Kiedy wyszło na jaw, że żaden nie ma robotniczego pochodzenia, klub rozwiązano. Niektórzy kontynuowali naukę w innych stajniach i stajenkach (m.in. w Jabłonnie) którymi Rotmistrz zawiadywał, a przynajmniej, w których szkolił. A szkolił ponoć znakomicie. Krzysztof Zanussi wspominał, że Jacobson nie tylko nauczył go prawidłowo siedzieć w siodle, ale też trzymać kolana ugięte pod kątem 45 stopni, a stopy równolegle do ziemi, w zgodzie z anatomiczną budową ciała. Naturalnie – w przeciwieństwie do zalecanej przez innych „pięty w dół”.

Ojciec miał specyficzne podejście i własne, notabene bardzo sensowne teorie na temat szkolenia. Pamiętam, jak kiedyś odwiedziłem go podczas treningu pewnej pani, lat około 40. Jeździła na oklep galopując, kłusując, stępując. W każdym chodzie wykonywała elementy ujeżdżeniowe. Robiła to z wielką wprawą i gracją. Pytam ojca:
– Jak długo ją uczysz?
– Trzy lata – odrzekł.
– A czemu ona tak na oklep i bez wodzy?
– Bo lubi i nie wie, że można inaczej – nigdy nie dałem jej konia w ogłowiu. Pamiętaj synu, dopóty, dopóki nie dasz uczniowi wodzy do rąk, masz całego konia, jak dasz, to już nie masz! Ujeżdżenie jest tylko dla wybitnie inteligentnych, wysportowanych i empatycznych. Wszyscy inni chcąc nabyć określone umiejętności, katują konie, a i tak nigdy nie wzniosą się na wyżyny.
Powiadali znajomi Rotmistrza, że nic i nikogo tak nie szanował, jak koni. Ciągnęło go do nich od zawsze. Napatrzył się na tabuny dzikich wierzchowców w carskiej Rosji, gdzie przez 10 lat jego ojciec, inżynier metalurg wytapiał stal nad Morzem Kaspijskim. Po powrocie do Polski, ażeby być z końmi na co dzień, uciekł z domu i zaciągnął się do armii Józefa Hallera. Miał co prawda tylko 15 lat, ale przerobił dane w dokumentach. Walczył z bolszewikami, zdobywał Wilno, awansowano go na kaprala; po wojnie z sowietami skierowano  do szkoły kadetów we Lwowie.

W SZKOLE KADETÓW WE LWOWIE; FOTO Z ARCHIWUM DOMOWEGO S.J.

Powinien ją skończyć na samych piątkach, przecież marzył, by zostać oficerem – komentuje syn. – Do tego znał świetnie języki, znakomicie rysował i malował, w domu odebrał staranne wychowanie. On tymczasem w ogóle się nie uczył. Znalazłem jego świadectwo: celujący z musztry i rysunków, a reszta pały, nawet z francuskiego i niemieckiego. Do tego wszystkiego zaszkodził sobie karykaturami wykładowców; rysował je na każdym skrawku papieru. W końcu wpadł i wyrzucono go z Korpusu . Wówczas przeniósł się do Szkoły Rolniczej w Czernichowie, którą o dziwo skończył, a hrabia Zdzisław Jan Tarnowski wystawił mu znakomitą ocenę z praktyk zawodowych w majątku Dzików.
Z czasem Jacobson wrócił do wojskowej edukacji, bo gdy nastała wojna miał stopień podporucznika. Na front jednak nie poszedł; w sierpniu 1939 roku spadł z koniem ze ściany wąwozu i złamał obojczyk. Pierwsze lata okupacji spędził w dzierżawionym przez siebie majątku, który gdyby nie wojna, stałby się jego własnością. Bogate gospodarstwo spalili Niemcy w 1939 roku, zaraz po tym, jak dostali sygnał, że stacjonuje tam wojsko. Wtedy akurat było to nieprawdą. Później, jak najbardziej. Zbierali się tam partyzanci, żołnierze AK, oddziału „Jędrusia”. Tam też podpisano porozumienie o włączeniu „Jędrusiów” do 2 Dywizji Piechoty Legionów AK „Pogoń” pod dowództwem ppłk. Antoniego Żółkiewskiego ps. „Lin”. Jacobson, jako rotmistrz „Brom”, pełnił w oddziale funkcję kwatermistrza 2 batalionu  i dowódcy zwiadu konnego. Dosiadał „różowego”, dereszowatego kasztana kirgiza, o wzroście zaledwie 155 centymetrów, naturalnego inochodźca. Tak znakomitego konia, miał podobno Rotmistrz raz w życiu. Rozstał się z nim dopiero po wojnie.
Rotmistrz, rotmistrza, rotmistrzowi… Do Jacobsona wojsko zwracało się per panie rotmistrzu, choć był podporucznikiem. Ale kiedy któregoś dnia przed frontem meldował „Linowi”  wykonanie rozkazu, ten mu przerwał:
Podporuczniku Jacobson, skoro wszyscy żołnierze zwracają się do pana „rotmistrzu”, to ja w tej chwili oficjalnie awansuję pana na ten stopień.
Niestety był to awans wyłącznie ustny, nie potwierdzony żadnym dokumentem. Wniosek do Londynu nigdy nie dotarł. Nie miało to oczywiście najmniejszego wpływu na stosunek Tadeusza Jacobson do „Lina”; darzył go i wcześniej, i później niebywałym szacunkiem.
„Choć ciebie wcale my nie znamy,
lecz poznać wielu pragnie z nas,
my Tobie „Linie” zaufamy,
więc prowadź wodzu, nadszedł czas!”

AKWARELA TADEUSZA JACOBSONA

Tak pisał Jacobson w jednym ze swych wierszy, których dziesiątki odnalazł po latach jego syn. Rotmistrz nie tylko tworzył O „Linie” strofy, także go portretował. Malarstwo i rysunek pasjonowały Jacobsona od lat dziecięcych, miał zresztą po wojnie kilka wystaw, m.in. w USA – o czym mało kto wie – wspólną  z Mają Berezowską. Obrazy wysłano z Polski, jako prace innego artysty, bo ludowa władza nigdy nie udzieliłaby mu zgody na ekspozycję poza granicami PRL. Wciąż pamiętano, że nie przepada za komunistami.
Zaraz po wojnie dostał posadę dyrektora szkoły Rolniczej w Prażmowie. Bezpieka dopiero po dwóch latach zorientowała się, że to ten Jacobson z AK i natychmiast go aresztowała. Dostał karę śmierci za zamordowanie działacza komunistycznego.
Z tą sprawą akurat nie miał nic wspólnego; z innymi owszem. Ojciec siedział ponad sześć miesięcy ze świadomością, że zostanie rozstrzelany. Niespodziewanie odbyła się dodatkowa rozprawa, na której ten sam świadek, który pół roku wcześniej zeznawał, iż widział, jak ojciec morduje, teraz już niczego nie pamiętał…
Rotmistrza zwolniono. Wyszedł na wolność i zaczął szukać pracy. Odsyłano go od Annasza do Kajfasza. Znalazł robotę u szewca. Jakiś czas tresował też cyrkowe ogiery arabskie w Julinku. Dopiero w 1950 roku, dzięki rozmaitym znajomościom, dostał się do warszawskiego ogrodu zoologicznego i zaczął tam prowadzić sekcję jeździecką.

STEFAN JACOBSON; FOTO: FAPA-PRESS

Fascynację końmi przejął po ojcu syn, Stefan. Miał 6 lat, gdy dosiadał już własnego wierzchowca. W siodle czuł się znakomicie. Nic więc dziwnego, że  związał się z końmi zawodowo. Pracował w związku hodowców, miał własną stajnię, jako instruktor prowadził szkółkę jazdy konnej, przede wszystkim dla dzieci. Najpierw jednak płacił za ojca, oficera Armii Krajowej. Po szkole średniej, przez dwa lata próbował dostać się na wyższą uczelnię, a warto pamiętać, że w owych czasach wystarczyło tylko zdać egzaminy wstępne i już trafiało się na listę przyjętych. Zdawał za każdym razem: na weterynarię, psychologię, AWF. W końcu, i to w grudniu, a rok akademicki rozpoczynał się wtedy we wrześniu, przyjęto go na zootechnikę w Olsztynie. Przyjęto, bo zjawił się na uczelni szybciej niż jego papiery. Te jednak w końcu dotarły i jeszcze tego samego dnia Stefana Jacobsona relegowano go ze studiów.
Z Olsztyna, dzięki dawnym kontaktom, udało mu się przenieść na wrocławski wydział zootechniki. Uczył się pilnie, zdążył zdać bardzo dobrze dwa egzaminy, ale wciąż męczyło go, jak zareagują władze uczelni, gdy zapoznają się z jego dokumentami i zorientują, kogo przyjęli w poczet studentów. Nie był zaskoczony, kiedy wezwano go do dziekanatu.
Dziekan prof. Szopa kazał mi usiąść, wziął teczkę z dokumentami i zaczął wyjmować z niej  zapisane kartki rozkładając je na dwie kupki. Jedne trafiały do wielkiej popielnicy; drugie na blat biurka. Kiedy teczka była pusta, zapytał:
– Palisz?
– Palę – odrzekłem zdziwiony.
– To podpal te papiery w popielnicy!
– Zaniemówiłem, patrzyłem tępo a to na dziekana, a to na zapałki.
– No podpal, jak nie spalisz tych papierów, to będę cię musiał wylać, a jak papierów nie będzie, to nie będę miał powodu – uśmiechnął się.
– A czy mogę w te papiery zerknąć – zdobyłem się na odwagę.
– Możesz – odpowiedział po dłuższej chwili.
Stefan Jacobson odwrócił pierwszy papier, zerknął w drugi. Jego oczom ukazała się odręczna uwaga: „pod żadnym warunkiem nie przyjmować na wyższe studia”; podpisali: dyrektor liceum oraz dobry kolega Jacobsona – przewodniczący szkolnego Związku Młodzieży Polskiej.

Od tej pory prawowity student budował nowy życiorys, owszem Jacobsonowski, ale niby z innych Jacobsonów. Prawdziwy przyszło mu taić jeszcze długo. Zdążył ukończyć studia, objąć posadę w wydziale hodowli koni wrocławskiego urzędu wojewódzkiego, ale wciąż ukrywał, że jeździ konno. A jeździł zupełnie nieźle, w końcu był synem i uczniem Rotmistrza!
Rotmistrz Tadeusz Jacobson edukował adeptów sztuki jeździeckiej dopóty, dopóki starczyło mu sił. Zmarł 13 października 1978 roku.

Piotr Dzięciołowski

    Print       Email

4 odpowiedzi na “MIANUJĘ PANA ROTMISTRZEM!”

  1. Marek Szewczyk napisał(a):

    To się czyta!
    Kolejna, bardzo ciekawa, wyszukana i napisana przez Piotra Dzięciołowskiego historia o koniarzu. Zawsze bardzo ceniłem pióro Piotra i widzę, że trzyma formę.
    Czekam na następne.
    Marek Szewczyk

  2. Maria Gałecka napisał(a):

    „Wujek” Tadeusz był przyjacielem mojego ojca Stanisława Gałeckiego właściciela Kobiernik k/Sandomierza jeszcze sprzed wojny. Byli sąsiadami, razem walczyli w czasie wojny, ojciec był adiutantem „Lina”. Po wojnie ojciec również siedział za AK, nie miał szans na zatrudnienie w swojej specjalności, jakiś czas mieszkał u wujka Tadeusza na terenie warszawskiego zoo. Potem też mieszkali niezbyt daleko, wujek na Dolnym a my na Górnym Mokotowie. Ja pamiętam wujka z czasów, gdy miał stajnię i szkołę jazdy konnej przy pałacyku w Jabłonnie (pierwszy raz jako dziecko siedziałam na koni – do dziś pamiętam imię klaczy – Etual) a potem w Dąbrówce Szlacheckiej. Wujek też uczył mnie jazdy konnej na oklep, oczywiście bez wodzy, z takim tylko luźnym paskiem wokół szyi konia i nie wolno mi było pod żadnym pozorem złapać się grzywy 🙂 Pamiętam prostą postawę, jowialność, fantazję.. pamiętam piękne rysunki koni i wielką miłość wujka do nich..Do dziś wujek jest dla mnie kwintesencją przedwojennego ułana i oficera..Pamiętam jak walczył z chorobą…Pamiętam, takich ludzi się nie zapomina..

    • Maria Gałecka napisał(a):

      A zapomniałam dodać, że do wujka do końca życia wszyscy zwracali się „panie Rotmistrzu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.