Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

SPEŁNIONE MARZENIE

Justyna Łyczyszyńska: absolwentka wydziału resocjalizacji, specjalistka oligofrenopedagogiki, wychowawczyni trudnej młodzieży, instruktorka jeździectwa, właścicielka sześciu koni, dwóch kotów, kozy, świnki wietnamki, czterech psów.

JUSTYNA ŁYCZYSZYŃSKA; FOTO FAPA-PRESS

Justyna Łyczyszyńska: absolwentka wydziału resocjalizacji, specjalistka oligofrenopedagogiki, wychowawczyni trudnej młodzieży, instruktorka jeździectwa, właścicielka sześciu koni, dwóch kotów, kozy, świnki wietnamki, czterech psów.

Brakuje zaledwie dwóch lat, by mogła mówić, że pół życia spędziła z końmi, a zetknęła się z nimi zupełnym przypadkiem. Weszła do stajni i kiedy stanęła twarzą w pysk z ogromnym gniadoszem, strach niemal kompletnie ją sparaliżował. Ktoś to spostrzegł i rzekł łagodnym tonem: nie bój się, pogłaszcz. Drżącą dłoń wyciągnęła w kierunku wielkiego łba, ale zaraz cofnęła. Ktoś inny zapytał wtedy z ironią i wyższością w głosie: a może byś tak kopyta któremu wyczyściła? Zamarła; odmówić jednak nie wypadało. Na szczęście w rogu stajni spostrzegła drobnego kucyka, który na jej widok wyraźnie się ożywił. – Z takim kurduplem to chyba sobie poradzę – pomyślała. Poradziła, a kiedy po wszystkim kucyk dał się poklepać po kosmatej szyi, szepnęła sama do siebie: jak fajnie, jak ciepło, jak inaczej. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie przeżywała; nie potrafiła jednak sprecyzować, co w tym doznaniu było takiego innego. Ciekawe, czy właśnie to „coś” sprawiło, że w koński świat wpadła po uszy?
Od pierwszego spotkania z końmi, jest z nimi niemal dzień w dzień. Najpierw zadowalała się samą ich obecnością. W miarę jedzenia apetyt rósł. A to brała się do czyszczenia, karmienia, pieszczenia. Wreszcie zaczęła jeździć. Szło jej nadspodziewanie dobrze, mało tego, skonstatowała, że rady, których sporadycznie udziela innym jeźdźcom, przynoszą im wymierne korzyści. Stąd pewnie pomysł, ażeby dawać lekcje jazdy konnej. Poszła na kurs do zakrzowskiej „Lewady”. Po powrocie, już z instruktorskim glejtem w ręku zaczęła prowadzić profesjonalne zajęcia dla pacjentów ośrodka „Monar” w Wyszkowie. Ośrodka, w którym z biegiem czasu została szefową stajni. Uczniowie z zazdrością patrzyli, jak dogaduje się ze wszystkimi końmi, w tym z charakterną Daisy, z której większość jeźdźców spadała nim jej dobrze dosiadła.

STADO JUSTYNY; FOTO FAPA-PRESS

Ta klacz – wspomina Justyna Łyczyszyńska – nie nadawała się dla początkujących, czy nawet średnio zaawansowanych jeźdźców. Trudna, humorzasta, z temperamentem. Musieliśmy się z nią rozstać, choć bardzo ją lubiłam. Znalazłam nawet dla niej męża. Liczyłam zresztą, że zdąży się u nas wyźrebić. Niestety; w takiej stajni, jak monarowska, nie można sobie pozwolić na trzymanie koni, które nie zarabiają na siebie. Załatwiłam więc jej miejsce u mojego dobrego znajomego, ale kiedy zbliżał się dzień porodu, warowałam przy niej jak pies. I dobrze, bo poród wyjątkowo rosłego ogierka nie należał do lekkich. Szczęśliwie wszystko dobrze się skończyło. Maluch – na imię dostał Dukat – rozwijał się, jak powinien.
Minęło pół roku, może trochę więcej. Dzwoni telefon, oczywiście, jak to zwykle bywa, w najmniej oczekiwanym momencie – Justyna akurat prowadziła lekcje na ujeżdżalni. Kiedy jednak w komórce wyświetlił się numer właściciela Daisy, mimo wszystko odebrała. – Jak to? Jak to? – powtarzała kilkakrotnie nie wierząc w ani jedno słowo, które słyszała.
Kolega błagał mnie, żebym przyjechała do Dukata i coś zrobiła, bo źrebak od jakiegoś czasu gryzie, kopie, atakuje i nie można się do niego zbliżyć. Wiaderko z jedzeniem trzeba zostawiać mu na podwórku i zwiewać, gdzie pieprz rośnie. Jakieś żarty – pomyślałam. Półroczny ogierek, żeby nie można było sobie z nim poradzić? Pojechałam. Pewna siebie podeszłam do Dukata z kantarem w ręku, a on odwrócił się tyłem i strzelił w moją stronę z dwóch nóg. Cud, że mnie nie trafił. Zwróciłam honor gospodarzowi i zaczęliśmy obmyślać plan działania. Było jedno sensowne rozwiązanie: kiedy kolega odsadzi małego od matki, przywiezie mi go do Monaru. Tam będę mogła codziennie z nim pracować.
Jak postanowili, tak uczynili. Systematyczne zajęcia zaowocowały. Ogier przestał kopać, dał się dotykać, można mu było wkładać i zdejmować kantar, prowadzić na uwiązie. Po miesiącu wrócił do właściciela. Minęło kolejnych parę tygodni. Justyna odebrała następny telefon : maluch wrócił do „formy”. Znajomy nie prosi już o pomoc, informuje jedynie nie ma już siły i w najbliższy poniedziałek Dukata zabiera handlarz.
Zaczekaj, konia zawsze zdążysz sprzedać, na razie go wykastruj – prosiłam. Znajomy, choć bez entuzjazmu, ale zgodził się. Czym prędzej więc zadzwoniłam do pani doktor Małgorzaty Świderek i umówiłyśmy się na zabieg.
Zabieg jak zabieg… czasem niestety nawet najprostszy okazuje się poważny. Tym razem tak właśnie było – konia trzeba natychmiast przewieźć na operację do kliniki. Właściciel jednak nalega, by zwierzę uśpić, bo nie stać go na wydatek rzędu może i kilku tysięcy złotych. Justynie łzy zaczynają bezwiednie spływać po policzkach.
Wtem usłyszałam: usypiam albo go sobie weźmiesz! Kiedy słowa kolegi na dobre do mnie dotarły, nieśmiało spytałam panią doktor, czy zgodzi się na zapłatę w ratach. Kiwnęła potakująco głową. Podskoczyłam z radości i zajęłam się organizowaniem transportu do Warszawy, do kliniki na Służewiec.
Operacja udała się, pacjent zniósł ją znakomicie; po kilkudniowym pobycie w szpitalu, lekarze pozwolili mu wrócić do stajni.
Szczęśliwa, że mam zdrowego konia, przerażona kosztami, pobiegłam dowiedzieć się, ile jestem winna? Lekarz, który operował, odesłał mnie do pani Świderek. – 400 złotych! – usłyszałam. – Jak to czterysta? Operacja, kilkudniowy pobyt w klinice? – 400 złotych! – powtórzyła. Nie mogłam uwierzyć, zaczęłam ryczeć ze szczęścia.
Dziś Dukat ma cztery lata, jest spokojny jak baranek, wszyscy chcą na nim jeździć i gra pierwsze skrzypce w otwartej wiosną tego roku, prywatnej stajni Justyny Łyczyszyńskiej w Porządziu na Mazowszu.

FOTO: FAPA-PRESS

Nie pracuję już w Monarze, zajmuję się trudną młodzieżą i prowadzę własną stajnię. Marzyłam o niej od dnia, w którym po raz pierwszy znalazłam się wśród koni, ale decyzja wymagała czasu. Musiałam do niej dojrzeć. Dopiero w ubiegłym roku poczułam, że jestem gotowa iść na swoje. Szukałam odpowiedniego miejsca. Ileż odwiedziłam gospodarstw, ileż przejrzałam ogłoszeń. W końcu trafiłam do Porządzia, gdzie wystarczyło, bym przekroczyła próg obejścia i nawet nie wchodziła do domu, a już wiedziałam, że to jest to! Moje upragnione miejsce na ziemi.
Miejsce wymagające jeszcze wielu nakładów, nie tylko finansowych, także ogromu pracy fizycznej. Najważniejsze jednak, że konie i inne zwierzaki mają już ciepły i szczelny dach nad głową, a jeźdźcy warunki do nauki.
Stajni i ośrodków jeździeckich przybywa, jak grzybów po deszczu. Wiem, że w wielu i to bardzo wielu, najważniejsze są pieniądze, właściciele nie mają pojęcia o jeździectwie, do koni strach się zbliżyć, a co dopiero na nich jeździć. Dochodzi do wypadków, bo początkujący dostają wierzchowce, z którymi nie radzą sobie nawet zaawansowani jeźdźcy. Mój ośrodek, moja stajnia są odpowiedzią, protestem przeciw lekkomyślności, nie szanowaniu klientów i krzywdzeniu zwierząt, które nieułożone gani się batem. Konie w Porządziu są przygotowane, sprzęt pewny, jazdy wyłącznie w toczkach… Każdy, kto przychodzi na lekcje i deklaruje, że wszystko umie, i tak jest sprawdzany na lonży. Tego nauczono mnie w „Lewadzie” i tego się trzymam. Jazda wierzchem – powtarzano do znudzenia – jest wspaniała, ale pod warunkiem, że bezpieczna.
Stajnia w Porządziu dopiero otworzyła podwoje. Jej właścicielka ma bogate plany, m.in. prowadzenie zajęć hipoterapeutycznych z trudną młodzieżą. Trzymamy kciuki i życzymy nadmiaru klientów.
Janusz Popręg

    Print       Email

2 odpowiedzi na “SPEŁNIONE MARZENIE”

  1. Magda napisał(a):

    Hej Zabciu latami cie szukam i wkoncu znalazłam.Jestem z ciebie taka dumna!Mam nadzieje ze uda nam się wkoncu
    Kiedys spotkać.

  2. Wiktoria napisał(a):

    Witam Pani Magdo jestem w stałym kontakcie z Panią Justyna . Proszę o kontakt na Facebooku Wiktoria Kozon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.