Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  Bez kategorii  >  Bieżący Artykuł

Jak się nie dać zrobić w konia

Kiedy zdecydowałam, że ze względu na warunki, w jakich przebywają konie w tej podwarszawskiej stajni, chcę ją opuścić, właściciel zaproponował mi współdzierżawę swojej klaczy. Runa, bo tak miała na imię, była wychudzona, wystraszona, zaniedbana, ale z fantastycznym ruchem, gracją, bystrym spojrzeniem. Po konsultacjach z rodzicami zgodziłam się na taki układ.
Po mniej więcej miesiącu, zupełnym przypadkiem, dowiedziałam się, że koń nie jest własnością człowieka, który brał ode mnie pieniądze za współdzierżawę. Odnalazłam prawnego właściciela kobyłki i skontaktowałam się z nim e-mailowo. Napisałam, jak bardzo zależy mi na odratowaniu klaczy. Otrzymałam odpowiedź, której pointą była taka oto alternatywa: koń jest na sprzedaż, albo ją kupujesz, albo nie zamierzam zmieniać obecnego stanu rzeczy. Rodzice wynegocjowali cenę, po kilku dniach Runa była już moja. Teraz zależało mi przede wszystkim na jak najszybszym przeniesieniu klaczy do innej stajni.
W pośpiechu i towarzyszących emocjach, nie pomyślałam o wykonaniu badań medycznych, jakie powinno się przeprowadzić przy okazji transakcji kupna-sprzedaży. Pech chciał, że choroby i wady zaczęły wychodziły jedna po drugiej; od problemów z nogami po dolegliwości oddechowe. Sześciu weterynarzy, setki badań, tony lekarstw i masa pieniędzy na leczenie…  Ostatnie, decydujące prześwietlenie wykazało, że klacz cierpi na schorzenia dyskwalifikujące pracę pod siodłem. Mam ją oczywiście nadal, ale trzymam w stajni, w której od rana do wieczora pasie się na trawie i odpoczywa. Cieszę się, że jest jej dobrze, ale zarazem jest mi bardzo, bardzo smutno: uświadomiłam sobie bowiem, że nadszedł kres naszej znajomości na dotychczasowej płaszczyźnie. Nie będziemy już razem jeździć, a potrafiliśmy tak znakomicie się dogadywać. Połączyła nas ogromna więź. Koń obdarzył mnie czymś wielkim. Nie umiem tego nazwać, ale zawsze będę wspominać nasze wspólne chwile na padoku, które wciąż sprawiają, że łzy ciekną mi po policzku niczym górski strumień. Nie życzę nikomu takich przeżyć. Nie życzę, a zarazem przestrzegam wszystkich chcących mieć własnego konia – nie decydujcie się na ,,kota w worku”, skonsultujcie decyzję z trenerem i weterynarzem.
Basia z Warszawy
Wady zwrotne
Konia nikt nie sprzedaje z kartą gwarancyjną, ale nabywca ma prawo do reklamacji w przypadku tzw. ukrytych wad głównych, popularnie zwanych zwrotnymi. Mówi o tym Rozporządzenie Ministra Rolnictwa  z 7 października 1966 roku „W sprawie odpowiedzialności sprzedawców za wady główne niektórych gatunków zwierząt”. U koni wyróżniamy cztery takie wady: łykawość, dychawica świszcząca, wartogłowienie / przewlekłe schorzenie mózgowe lub opon mózgowych z obniżeniem świadomości zwierzęcia/, oraz przewlekłe schorzenie wewnętrznych części oka powstałe na tle nieurazowym / tzw. ślepota miesięczna/. Sprzedawca odpowiada przed kupującym jeśli wady te wyjdą na jaw przed upływem 15 dni od momentu wydania zwierzęcia w przypadku łykawości, dychawicy świszczącej i wartogłowieniu, 30 dni w przypadku miesięcznej ślepoty. Kupujący ma obowiązek powiadomienia sprzedawcy o wadzie zwrotnej najpóźniej siedem dni licząc od końca terminu rękojmi przewidzianego ustawą. Przy wszystkich wadach głównych z wyjątkiem łykawości, uprawnienia z tytułu rękojmi wygasają, jeśli kupujący w terminie rękojmi nie zgłosi chorego zwierzęcia do zbadania przez państwowy zakład leczniczy dla zwierząt lub klinikę wydziału weterynaryjnego wyższej szkoły rolniczej. (red)

    Print       Email

2 odpowiedzi na “Jak się nie dać zrobić w konia”

  1. Ewa pisze:

    Rozporządzenie, o którym mowa przestało obowiązywać 24.12.2014 r.

  2. Ewa pisze:

    Rozporządzenie, o którym mowa przestało obowiązywać 25.12.2014 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.