Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

WYJĄTKOWY DIABEŁ (3)

Jerzy Rubersz: z wykształcenia historyk, absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, z zamiłowania koniarz, nauczyciel jazdy konnej w Technikum Hodowli Koni w Wolborzu, kaskader. O jego przebogatych doświadczeniach w siodle opowiadamy w kilku odcinkach. Dziś część trzecia: ciąg dalszy opowieści filmowych.

JERZY RUBERSZ; foto: FAPA-PRESS

JERZY RUBERSZ; foto: FAPA-PRESS

Jerzy Rubersz: z wykształcenia historyk, absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, z zamiłowania koniarz, nauczyciel jazdy konnej w Technikum Hodowli Koni w Wolborzu, kaskader. O jego przebogatych doświadczeniach w siodle opowiadamy w kilku odcinkach. Dziś część trzecia: ciąg dalszy opowieści filmowych.
Tę scenę z Ferdydurke (1991) Witolda Gombrowicza trzeba było próbować wiele razy, by konie przestały wreszcie protestować i zachciały zagrać, jak im Jerzy Skolimowski kazał. Ale to, co działo się wcześniej, nawet na planach filmowych zdarza się niezwykle rzadko. Przerażone zwierzęta kładły się, wspinały, chciały uciekać jak najdalej od niecodziennej dla nich sytuacji.

– I wcale się nie dziwię. Wystarczy wyobrazić sobie, jak ludzie czują się w maskach przeciwgazowych, a co dopiero konie. Prawdę mówiąc one i tak miały lepiej od nas, bo z maskowych okularów wyjęto im szkła. Nam szybki tak parowały, że dosłownie nic nie było widać. Galopowaliśmy w ciemno, a że jednak w dobrym kierunku, to chyba wyłączna zasługa koni.

Ujęcie, jak zresztą chyba większość „końskich” realizowanych za czasów komuny, kręcono w Stadzie Ogierów w Bogusławicach. Jerzy Rubersz bywał więc tam często, jako że pracy w siodle nigdy mu nie brakowało.

– Na planie „Kroniki wypadków miłosnych” (1985) Andrzeja Wajdy uczestniczyłem w jednym z większych przedsięwzięć z udziałem koni w polskim filmie. W ujęciu zagrały wszystkie bogusławickie ogiery, w sumie – pamiętam dokładnie – dwieście szesnaście, w tym także zimnokrwiste. Te ostatnie pokazano co prawda na drugim planie, ale były! Końmi oraz jeźdźcami zawiadywał znany aktor i koniarz, człowiek od umundurowania i broni w filmie, Andrzej Szenajch. Nie tylko nami dyrygował, także grał. Miał niestety pecha, bo przydzielono mu, a może sam sobie przydzielił – tego nie wiem – takiego grubego ogiera, że ten w żaden sposób nie mógł za nami nadążyć.

W Bogusławicach kręcono również w latach dziewięćdziesiątych brytyjską wersję Frankensteina. Do Stada przyjechał wówczas z Anglii koordynator pracy kaskaderów zamawiając „usługę” u naszych koniarzy.

Był zaskoczony, bo ledwie powiedział, co mamy robić, a my już dosiadaliśmy koni wykonując zlecone przez niego numery. Patrzył i nie wierzył, że można bez jakiekolwiek przygotowania robić podobne cuda na koniach i z końmi. W Anglii bowiem żaden kaskader nie zagra bez prób i odpowiedniego zabezpieczenia. U nas wsiada się i jedzie. Każdy zresztą zdaje sobie sprawę, że wykonując tak niebezpieczny fach, naraża swoje zdrowie, często także życie. Do wypadku dojść może zawsze. A to koń się potknie, a to jeździec straci równowagę, a to nawali sprzęt, jak miało miejsce właśnie przy okazji Frankensteina. Jeden z naszych kolegów schował się za bokiem galopującego konia. Kiedy manewr już wykonał pękł mu popręg i chłopak zleciał razem z siodłem. Na szczęście piaszczysty grunt zamortyzował uderzenie i w sumie nic się nie stało. A wspominam o tym, bo nawet jeśli przygotowania do takiej sceny trwałyby dłuższy czas, to i tak do podobnego zdarzenia mogłoby dojść.

Foto: FAPA-PRESS

Foto: FAPA-PRESS

Kaskaderzy mają tę przewagę nad zwykłymi śmiertelnikami, że na ogół spadają jak koty, na cztery łapy, bo potrafią się odnajdywać w ekstremalnych sytuacjach. Ale zdarza się, że w filmie chcą wystąpić jeźdźcy nawet znakomici, jednakże bez jakiegokolwiek doświadczenia w pracy na planie. Filmowcy niechętnie się na to godzą.

Przy okazji zdjęć do „Austerii” (1982) Jerzego Kawalerowicza zgłosił się do mnie pewien Irańczyk, który miał wyjątkową ochotę dołączyć do konnych. Zaznaczył, że jest oficerem i wierzchem jeździ zawodowo. Mało tego, jest też zawodnikiem polo. Wyjaśniłem mu, że perskie konie nijak się mają do bogusławickich ogierów i nie wystarczy dobrze się czuć w siodle, by sobie z nimi poradzić. Nie dawał wiary moim słowom, nalegał, bym mu pozwolił. Pozwoliłem i o dziwo podołał wyzwaniu, choć był kompletnie zaskoczony, jak dynamiczne potrafią być te nasze ogiery. Nie wziął poprawki, że konie, których on dosiada u siebie w kraju, pracują codziennie; nasze ogiery przede wszystkim przy okazji realizacji filmowych, są więc wypoczęte i do głowy przychodzą im różne pomysły.

Irańczyk nie był jedynym obcokrajowcem, który zamarzył sobie wystąpić w naszym filmie. Podczas zdjęć do Kanclerza (1989) Ryszarda Bera zjawił się u Jerzego Rubersza Ekwadorczyk, student, który akurat pobierał nauki w wakacyjnym studium języka polskiego. Przedstawiając się zapewniał, że od dziecka jeździ konno, bo jego ojciec ma wielkie rancho, a on poradzi sobie z każdym wierzchowcem.

– Wyjaśniłem mu, tak samo jak Irańczykowi, że polskie ogiery to specyficzny gatunek, ale on ani trochę się nie speszył. Dałem mu więc konia na próbę. Wsiadł z przekonaniem, że od razu pojedzie tam, gdzie chce, a tu niespodzianka. Ogier parę razy kompletnie go zignorował wywożąc w pole. Ten jednak nie zrażał się i zachowując stoicki spokój – to bardzo ważne w dogadywaniu się z końmi – doprowadzał do psychicznej przewagi. Wystarczyło, by w pełni nad zwierzęciem zapanować. Kiedy zsiadł, powiedział, że nigdy w życiu nie jeździł na takim koniu, ale jak tylko wróci do domu, to namówi ojca, by kilka mu sprowadził. Nie mam pojęcia, czy jego prośba została spełniona. Jeśli tak, to i w Ekwadorze ludziska usłyszeli o ogierach znad Wisły.

W Bogusławicach mieli koni do wyboru, do koloru. Dla filmowców nawet maść ma znaczenie. W Dziejach mistrza Twardowskiego (1995) Krzysztofa Gradowskiego, reżyser potrzebował czterdziestu gniadych i skarogniadych koni. Dostał.

– To była interesująca scena także pod względem scenograficznym. Byliśmy w habitach, kaptury przysłaniały nam pół twarzy, a ze strzemion wystawały krogulcze pazury. W kilkudziesięciu wynurzaliśmy się z piekła kierując we wszystkie strony świata. Ujęcie niezwykle malownicze, mieszanina fantazji i rzeczywistości. Nie tylko operator, także fotosista miał pełne ręce roboty. Jedno ze zdjęć, na którym się znalazłem, trafiło na plakat. Zapytałem wówczas panią fotografkę żartem, czym sobie zasłużyłem na takie wyróżnienie. Odpowiedziała: – jest pan wyjątkowym diabłem.

Foto: FAPA-PRESS

Foto: FAPA-PRESS

Diabłem, który nie tylko w piekle konno sobie radzi, ale także w świecie prawdziwym. I dobrze, bo z Ruberszowego doświadczenia korzystają inni: zarówno przyszli kaskaderzy, jak i amatorscy miłośnicy sztuki hipicznej.
(jp)

    Print       Email

Jedna odpowiedź do “WYJĄTKOWY DIABEŁ (3)”

  1. […] O tej i innych przygodach na planach filmowych Jerzy rubersz opowiada w wywiadzie rzece dla Hej Na Koń. Do […]

Dodaj komentarz

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.