Loading...
Jesteś tutaj:  Home  >  artykul_glowny  >  Bieżący Artykuł

UCZĘ SIĘ KONI DZIEŃ W DZIEŃ

Marzena Chłystowska: absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego; była dyrektorka Centralnego Fotoserwisu wydawnictwa „G+J Polska”; instruktorka jeździectwa, od siedemnastu lat, wspólnie z mężem Bartłomiejem, prowadzi Stajnię Mandra – Gospodarstwo Agroturystyczne.

 

MARZENA CHŁYSTOWSKA; foto FAPA-PRESS

Marzena Chłystowska: absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego; była dyrektorka Centralnego Fotoserwisu wydawnictwa „G+J Polska”; instruktorka jeździectwa, od siedemnastu lat, wspólnie z mężem Bartłomiejem, prowadzi Stajnię Mandra – Gospodarstwo Agroturystyczne.

 

Kiedy lata temu przyjechała na studia do Warszawy, poczuła się samotnie. Nic zresztą dziwnego: ani rodziny, ani przyjaciół, ani znajomych… Wolny czas, choć nie miała go w nadmiarze, spędzany jednak tylko z samą sobą, irytował. Ażeby więc nie zwariować, zaczęła rozglądać się za czymś, co by ją zajęło po godzinach spędzanych na uczelni. Może jakiś sport? Swojego czasu uprawiała kajakarstwo górskie. Ale gór w stolicy ani widu, ani słychu. Z kolei spadochroniarstwo, którym przez moment się pasjonowała, zakończyła na etapie… szycia czaszy. Teraz chciała spróbować czegoś zupełnie nowego. Wymyśliła, że pojeździ konno. Skąd pomysł? Z dzieciństwa. Mieszkała w Małkini. Z okien rodzinnego domu usytuowanego nad starym korytem Bugu, przyglądała się spacerującym po łąkach zimnokrwistym kobyłom. I z tym sielskim anielskim obrazkiem w pamięci pojechała pod koniec lat dziewięćdziesiątych ub. wieku do podwarszawskiego ośrodka „Szarża”.

            – Najpierw pogoniły mnie jakieś psy. Już myślałam, że zwieję i więcej się tam nie pokażę, ale na szczęście udało mi się przedrzeć do biura i wykupić abonament. A gdy już znalazłam się oko w oko z koniem, uzmysłowiłam sobie, jak bardzo się go boję. Wręcz panicznie. Co innego obserwować stado z daleka, co innego mieć takie wielkie zwierzę na wyciagnięcie ręki. Zaparłam się jednak, że ów strach pokonam. I pokonywałam. Z każdym tygodniem było lepiej, aż odważyłam się zostać szarżowym wolontariuszem. Miało to kilka plusów. Po pierwsze jeździłam za pracę, po drugie znacznie więcej się uczyłam niż ktoś, kto dostawał osiodłanego konia. Wachty to była kapitalna przygoda, choć robota ciężka jak diabli, zwłaszcza dla dziewczyny. Noszenie koniom wody w wiadrach, bo nie było poideł i sprzątanie ściółki z boksów wymagało nie lada krzepy. Najgorsze to wrzucanie gnoju na takie wysokie pryzmy. Ręce opadały.

Z czasem Marzena Chłystowska zrobiła papiery instruktorskie, zaczęła prowadzić lekcje w siodle a w wakacje jeździeckie obozy w Łynie. W końcu przyszedł moment, do jakiego dorasta wielu z nas: zapragnęła mieć własnego konia. I wykupiła z „Szarży” chorą na COPD Mandragorę.

– To, jak wiadomo, schorzenie płucne utrudniające oddychanie. Koń najlepiej czuje się, gdy przebywa na powietrzu, choćby całe dnie. Dziś tacy pacjenci mieszkają często w stajniach angielskich, wtedy mało się o tym mówiło. Wiedziałam w każdym razie, że muszę dla klaczy znaleźć takie miejsce, w którym będzie miała stały dostęp do pastwisk. I znalazłam w Puszczy Kampinoskiej, gdzie osiedliłam się na stałe.

Foto FAPA-PRESS

            Wspólnie z mężem prowadzą w Korfowym gospodarstwo agroturystyczne, w którym jedną z atrakcji jest jazda konna. Spędzają tam czas dzieci i dorośli. Jedni przyjeżdżają z opiekunami-instruktorami, inni korzystają z rad udzielanych przez właścicielkę ośrodka.

– Dziś rzeczywiście już tylko doradzam, sprawuję pieczę nad moimi instruktorami. Dbam, by jak ja kiedyś, uczyli od podstaw. Najpierw zajęcia w stajni, sprzątanie boksów, czyszczenie koni, siodłanie. Hołduję tradycjom szarżowym. Bo nie ma to, jak wszystkiego dotknąć i spróbować samemu – oczywiście pod kontrolą doświadczonego jeźdźca.

A doświadczenia nabywa się latami. Im mniej wiemy, tym bardziej wydaje się nam, że wiemy już wszystko.

– O tak!. Mnie też się tak wydawało. Dawno temu myślałam, że na przykład konie zimnokrwiste są nadzwyczaj spokojne, nie wariują, jak te gorące. I oto zimą przyjechali do nas znajomi, mąż zaprzągł do sań zimnokrwistego Popusia i z dwojgiem malutkich dzieci wybraliśmy się na przejażdżkę. W pewnej chwili koń dojrzał kątem oka łosia, którego przecież dobrze znał z widzenia, ale tak się wystraszył, że poniósł. Pędził przed siebie jak opętany, a nam robiło się na przemian a to gorąco, a to zimno. Dobrze, że dzieci zasnęły i nie wiedziały, co się dzieje. W końcu udało się konia zatrzymać, odetchnęliśmy. Ale czekał nas przecież jeszcze powrót. Nikomu do głowy nie przyszło, że historia może się powtórzyć. A jednak. Okazuje się bowiem, że łoś widziany prawym okiem to nie jest ten sam łoś, którego Popuś widział lewym. Kiedy go więc zobaczył z drugiej strony… nam znów robiło się na przemian a to gorąco, a to zimno. Skończyło się dobrze, ale co przeżyliśmy to nasze, a czego ja się nauczyłam to moje. Konie są fantastyczne, piękne, kochane, ale trzeba mieć świadomość, jak niebezpieczne.

Na pastwisku; foto FAPA-PRESS

Doświadczenie, zdobywana latami wiedza pozwoliły Marzenie Chłystowskiej uniknąć niebezpiecznego zdarzenia.

– Pojechałyśmy w teren z koleżanką. Ja na Siwce, ona na wałachu. Niespodziewanie wałach zaczął brykać, znajoma spadła – nic jej się nie stało – a ja spojrzawszy za siebie, zobaczyłam konia bez jeźdźca pędzącego wprost na mnie. Zorientowałam się, że jeszcze kilka metrów i wskoczy na Siwą, jakby był ogierem. Ewakuowałam się więc najszybciej jak to możliwe. A stało się oczywiście, jak przewidziałam. Co prawda wyszliśmy z opresji bez szwanku, ale tylko dlatego, że coś już o koniach wiem. Podkreślam „coś”, a to dlatego, że  choć jestem z nimi tyle lat, to wciąż się ich uczę. Dzień w dzień.

Bo to taka wieczna nauka, której do końca nikt nigdy nie opanuje.

(jp)

                                                              ***

Więcej informacji o Stajni Mandra na stronie  www.stajniamandra.pl

    Print       Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie zamieszczamy komentarzy niepodpisanych imieniem i nazwiskiem. Jeśli Autor zastrzeże swoje dane, pozostaną one wyłącznie do wiadomości redakcji.